sobota, 9 lutego 2013

ROZDZIAŁ 1

~ Circe ~


   Było już dawno po północy, a ja siedziałam sobie w swoim pokoju i tępo gapiłam się w telewizor. Próbowałam skupić się na tym co oglądam, lecz ciągle dręczyła mnie myśl "Czy dobrze wybrałam?" Poza tym na każdym kanale leciał jakiś horror, albo thriller. Wystarczało mi to, że moje życie było koszmarem.

   Nie mogłam się otrząsnąć po ostatnich wydarzeniach. Wciąż pamiętam ten chłodny, nieczuły ton Van Kleissa, gdy mówił: "Circe, dobrze że jesteś. Musimy pozbyć się Rexa. Wszyscy pragniemy jego śmierci, prawda?" Nie wiem czy to przez strach, który sparaliżował wtedy moje ciało, czy na myśl o Rexie, ale pokiwałam nieśmiało głową. Czy ja, Circe, byłabym w stanie to zrobić? Po dłuższym rozważaniu stwierdziłam, że "nie". Natychmiast zadzwoniłam do "szefa" i powiedziałam, że się wycofuję. Zanim zdążył mnie znowu przeciągnąć na swoją stronę, rozłączyłam się. 

   Zostałam tylko ja i cztery białe ściany. Bezwładnie opadłam na czerwoną pościel. Rozejrzałam się po pokoju bez żadnego celu. Zauważyłam, że mam tam niemały bałagan. Szafa stała otworem, a moje ciuchy leżały porozrzucane na podłodze. "Przydałoby się też odkurzyć i jakoś to wszystko ogarnąć". Całe szczęście, że nie miałam przyjaciół, bo raczej do domu wstyd by mi było ich przyprowadzić. Na komodzie stało zdjęcie moich rodziców. Byli uśmiechnięci i chyba... szczęśliwi. Zastanawiałam się czy teraz też są. Beze mnie... Mimo późnej pory wzięłam się za porządki. Po godzinie pokój "błyszczał".

   Tej nocy w ogóle nie spałam. Podeszłam do okna, odsłoniłam kremową zasłonę i otworzyłam je. Usiadłam na parapecie, skrzyżowałam nogi i długo patrzyłam w biały, okrągły księżyc. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Małe gwiazdki jakby mrugały do mnie porozumiewawczo. Zaczęłam się zastanawiać "Co teraz robi Rex?" Szybko odpowiedziałam sobie, że na pewno śpi. W końcu było już po pierwszej. W tym właśnie momencie zapragnęłam usłyszeć jego głos. Nie potrafię opisać tej żądzy. Chciałam go za wszystko przeprosić. Chciałam żeby tu był.

   W książce telefonicznej znalazłam jego numer. Wyjęłam telefon spod poduszki i uważnie wystukałam na klawiaturze dziewięć cyferek. Gdy przyłożyłam telefon do ucha, odezwała się automatyczna sekretarka. "Hej, tu Rex. Wiesz co masz zostawić". Rozłączyłam się. Nie chciałam się nagrywać. Nie powinno się przepraszać w ten sposób. Nastawiłam budzik na 7:00 rano i położyłam komórkę na ciemnobrązowym stoliku nocnym, stojącym obok łóżka. Rozebrałam się do bielizny, wślizgnęłam się pod kołdrę i zasnęłam. Tak bardzo nie chciałam się obudzić, Miałam zbyt piękny sen:

    (...)Razem z Rexem szłam po plaży. Był piękny zachód słońca. chmurki miały różowawy odcień i niemal czułam tę orzeźwiającą letnią bryzę. Rex czule mnie obejmował. Rozmawialiśmy o tym co nam leżało na duszy, potem nadszedł czas na lżejsze tematy. Nagle przenieśliśmy się pod mój dom. Chłopak pogłaskał mnie po policzku, a następnie namiętnie pocałował. Zaprosiłam go do środka... "Wylądowaliśmy" w łóżku. Całowaliśmy się, a on głaskał moje ciało... 

   Wtedy zadzwonił mój nieznośny budzik. Zauważyłam, że przytulam poduszkę tak samo, jak Rexa w moim śnie. Wstałam. Nie było rady.

- Przestań marzyć. - Powiedziałam do siebie stanowczym tonem. - Ech... tak mi się nie chce... - Ciągnęłam swój monolog. "Dzisiaj pierwszy dzień w pracy, nie wypadałoby się spóźnić" pomyślałam. Zbiegłam po schodach na dół. Szybko zjadłam śniadanie w postaci dwóch kanapek z masłem orzechowym i pozmywałam po sobie. Nienawidzę bałaganu.

   W pracy szło mi całkiem nieźle. Chociaż... kelnerka... jakoś to do mnie nie pasowało. Zwłaszcza nie podobało mi się, że musiałyśmy nosić krótkie czarno-białe sukienki z falbankami. Na szczęście moja zmiana kończyła się po 13:00. 

- Ech... Jeszcze dziesięć minut... - Westchnęłam. Odwróciłam się i niechcący wpadłam na kogoś. Taca upadła mi na ziemię i stłukłam cztery szklanki. Natychmiast schyliłam się, aby pozbierać kawałki szkła. Jakby tego było mało wylałam mrożoną herbatę na klienta. - Najmocniej przepraszam. To mój pierwszy dzień. - Wyjaśniłam mając nadzieję, że nie dojdzie to do szefa. Nie potrafię opisać jak panicznie się wtedy bałam. Gdybym straciła pracę nie miałabym za co opłacać rachunków. Poprzednio pracowałam w lokalu na obrzeżach miasta, ale gdy go zamknęli z powodu... w zasadzie nie wiem dlaczego, to musiałam "się przenieść" gdzie indziej.

- Spoko. Wiem jak to jest być nowicjuszem. Nie ruszaj tego. Pozbieram. - Powiedział chłopak. Jego głos brzmiał młodo i dziwnie znajomo. Cały czas patrzyłam w podłogę. On pobiegł do kąta po miotłę i szufelkę. Pomógł mi posprzątać. Nie miałam okazji mu się lepiej przyjrzeć. Dopiero dziesięć minut później, gdy już wychodziłam i znowu się z nim zderzyłam, zorientowałam się, że znam tego kolesia.

- Rex? - Otworzyłam szeroko oczy. Nie sądziłam, że jeszcze go kiedyś ujrzę. Kiedy pracowałam dla Van Kleissa to od czasu do czasu miałam okazję porozmawiać z Rexem. Jednakże nasze relacje ograniczyły się do czysto zawodowych. Nie miałam pojęcia jaki jest na co dzień. Za krótko go znałam.

- Circe? Co ty tutaj robisz? - Po jego minie stwierdziłam, że jest nie mniej zdziwiony z tego spotkania, niż ja. Chwilę milczałam, aż po chwili zebrałam się na odwagę by mu odpowiedzieć.

- Pracuję. Pomogłeś mi posprzątać, nie pamiętasz? - Wydukałam. Zaczęło mi się robić gorąco. Rex podobał mi się i to bardzo, ale nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Miałam nadzieję, że on się nigdy tego nie domyśli.

- No i masz swoją sexy kelnerkę. - Zaśmiał się blondyn, który cały czas przysłuchiwał się naszej rozmowie. Rex spoważniał i załadował mu z łokcia.

- Często tu przychodzisz? - Spytałam Rexa, aby zmienić temat. On jednak zignorował moje pytanie i drążył dalej temat.

- Od kiedy jesteś kelnerką? - Założył ręce i spojrzał mi prosto w oczy, co wywołało rumieniec na mojej twarzy. Wprawdzie nie mogłam go widzieć, ale tak mi się wydaje, bo czułam jak krew napływa mi do głowy. Chciałam stamtąd uciec. Zapaść się pod ziemię. Było mi trudno rozmawiać z Rexem, po tym jak go traktowałam gdy pracowałam dla Van Kleissa.

- Od dzisiaj. - Odpowiedziałam nieśmiało. Splotłam dłonie za plecami.

- Van Kleiss nie ma czym zapłacić za fryzjera? - Zadrwił sobie Rex. Następnie zwrócił się do chłopaka obok, który chyba był jego przyjacielem. - Widziałeś jego fryzurkę. - Powiedział sarkastycznie. Niebieskooki uśmiechnął się.

- Nie. Odeszłam od Van Kleissa. - Odpowiedziałam na wcześniej zadane pytanie. Rex stanął jak wryty, a następnie wybuchnął śmiechem. Ludzie zaczęli się na nas gapić, a ja nie cierpię zwracać na siebie uwagi.

- Jasne, jasne. - Rzekł szatyn sarkastycznie. - A powiesz mi co twoja nowa praca ma wspólnego z jego planami zawładnięcia całym światem?

- Nic. Mówiłam ci. Odeszłam ze Sfory. - Trzymałam się swojej wersji, która oczywiście idealnie pokrywała się z prawdą. Lecz on chyba mi nie wierzył.

- Jeśli ty odeszłaś ze Sfory, to równie dobrze ja mógłbym odejść z Providence. - "Też mi porównanie." przeszło mi przez myśl, chociaż i tak nie miałam odwagi powiedzieć tego na głos. W sumie to było całkiem trafne.

- Mówię prawdę. Czemu mi nie wierzysz? - Powiedziałam łamliwym głosem. Myślałam, że łączy nas coś szczególnego, a on nie potrafił mi zaufać. Byłam bliska płaczu. Z trudem powstrzymywałam łzy. Modliłam się, żeby tylko się nie rozpłakać. Nie chciałam być pośmiewiskiem całego baru.

- Hm... poczekaj zastanowię się przez chwilę... W Cabo Lunie, okłamałaś mnie nie mówiąc mi, że należysz do Sfory. Kolejnym razem, ogłuszyłaś mnie i próbowałaś przeciągnąć na stronę Van Kleissa... Następnie w Abysji, gdy chciałaś mnie wykorzystać żeby odzyskać Van Kleissa... Wszystko robiłaś tylko dla niego. Teraz niby miałoby się to zmienić? - Spytał. Chyba wierzył w to co mówił. Teraz dopiero przekonałam się jak bardzo go zraniłam. Czułam ogromną nienawiść do siebie samej. "Jak mogłam coś takiego zrobić?" Brzydziłam się sobą.

- Rex, ja wiem że mi nie ufasz, ale... - Zaczęłam się tłumaczyć. Niestety bezskutecznie. Nic mnie nie usprawiedliwiało. Całe szczęście, że Rex mi przerwał, bo nie miałam w zanadrzu żadnego argumentu.

- Ale? Nie ma żadnego "ale". - Oznajmił zaciskając dłonie coraz mocniej. Jego wyraz twarzy się zmienił. Miałam przeczucie, że on czuje do mnie to samo, co ja czuję do siebie. Nienawiść. Czystą nienawiść.

- Rex... - Chciałam go jakoś uspokoić. Przeciągnąć na swoją stronę, żeby zobaczył, że tak naprawdę bardzo go lubię. Że zależy mi na nim. Nie dokończyłam zdania, bo w tym samym momencie, burząc część sufitu wleciał do środka wielki robak Evo, z którego paszczy wyszła Sfora i...

- Van Kleiss. - Powiedział Rex odwracając się do niego.

- Circe, dość tych wygłupów. Mamy plany do zrealizowania. - Oświadczył mężczyzna. Cofnęłam się. Rex stanął w rozkroku i wygenerował ogromne pięści.

- Ja nigdzie z tobą nie idę. - Oznajmiłam drżącym głosem. Chłopak schował na chwilę maszynki i wezwał wsparcie z Providence. Następnie stworzywszy z prawej ręki wielki miecz, zaczął walczyć z Van Kleissem. Ludzie uciekali krzycząc coś w popłochu. Potem stało się coś czego nie rozumiem. Wzrok poleciał mi prosto na pośladki Rexa. Oczu nie mogłam oderwać. Dlaczego? Tego nie wiem.

- Na co tak patrzysz? - Spytał mnie blondyn. Zarumieniłam się. Było mi strasznie wstyd. "Musiał to zauważyć. Po prostu musiał." Mówiłam do siebie gniewnie w myślach.

- Na nic... - Odpowiedziałam i odwróciłam wzrok. Po chwili na miejsce dotarła całkiem spora armia Providence. Złoczyńca chyba się lekko przestraszył, bo gdy tylko zobaczył setki agentów z bronią w ręku, szybko dał sobie spokój i odleciał. Rex schował maszynkę i podszedł do mnie.

- Circe, naprawdę cię przepraszam. Nie chciałem tak wybuchnąć... - Tego się nie spodziewałam. Jeśli już ktoś miałby tutaj przepraszać, to ja. On przecież nic nie zrobił. Nie wiem dlaczego tak uważał. Czułam się niezręcznie. Miliony oczu patrzyły się na nas. Mimo że, były zasłonięte przez czarne maski to i tak czułam się niekomfortowo.

- Nic nie szkodzi. - Odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko, ale to chyba go nie przekonało, bo zaprosił mnie na obiad w Providence. Mężczyzna w zielonym garniturze, z przeciwsłonecznymi okularami na nosie spojrzał na niego gniewnie. Przestraszyłam się. Nie chciałam żeby znowu miał przeze mnie kłopoty.

- Rex, dobrze wiesz, że nie wolno ci... - Zaczął, lecz szatyn zignorował zakaz nawet nie słuchając do końca co mężczyzna ma do powiedzenia.

- Tak, tak. Pogadamy potem, ok? - Spytał ciągnąc mnie do bastionu. Stanął tuż obok mnie. Gdy maszyna ruszyła, poleciałam na chłopaka. Złapał mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Jego bliskość sprawiła, że poczułam dreszcz. Wydawało mi się, że już mi wybaczył. Ku mojemu zdziwieniu nachylił się do pocałunku. Nie wiedziałam co mam zrobić. Sparaliżowało mnie.

   Nasze usta dzieliło zaledwie, dziesięć centymetrów. Rex powoli przechylił głowę w prawo i zamknąwszy oczy prawie dotknął moich warg. Lecz "zielony" gostek podszedł do nas i oznajmił, że za chwilę lądujemy. Czarnowłosy upuścił mnie na podłogę, nieco zawstydzony. Pomógł mi wstać. Nie wiem czemu, ale miałam przeczucie, że Szósty, bo chyba tak się nazywał owy mężczyzna, zrobił to celowo... a może to był wypadek? Chociaż gdy odchodził, zauważyłam uśmieszek na jego twarzy. Nie miałam pojęcia co o tym wszystkim myśleć.

1 komentarz:

  1. TAK!!!!!! Prawie się pocałowali, tak długo czekałam na takie opowiadanie, zapowiada się bardzo ciekawy bloog, piszesz ekstra. Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń