ROZDZIAŁ 6
Słowniczek:
hermano - brat
charlatana - papla
la boca - usta (potocznie: gęba)
Rex, imbécil! Pero usted ella amo! - Rex, idioto! (potocznie: dupku) Przecież ty ją kochasz!
padre - ojciec
muchacho - chłopak
~ Rex ~
Płakałem, cicho pochlipując. Martwiłem się tylko, że ktoś może to
usłyszeć, a wtedy musiałbym wszystko wyjaśniać. Że to nic takiego, że
dam sobie radę i ściemnić z jakiego powodu jest mi tak smutno. Bobo może
by odpuścił, gdybym mu powiedział co myślę o wtrącaniu się w moje
sprawy, ale Szósty, Holiday? Za wszelką cenę chcieliby ze mnie wyciągnąć
prawdę.
Leżałem w łóżku do południa i ani myślałem z niego wychodzić. Czułem się
tam bezpiecznie. Mój pokój to moja własna strefa. Mogę tam siedzieć i
rozmyślać o wszystkim co mnie trapi. Oczywiście mam z tym pomieszczeniem
również i dobre wspomnienia. Na przykład gra na konsoli z Noah. To mnie
odprężało. Ale tego dnia nie miałem ochoty ani na kosza, ani na
PlayStation. Byłem przygnębiony. Ktoś zapukał do moich drzwi. Nie
odezwałem się, bo miałem nadzieję, że sobie pójdzie.
- Rex, już po dwunastej. Wstawaj. Holiday chciała ci zrobić kilka badań przed dzisiejszym treningiem. - Usłyszałem stanowczy głos brata, który teraz wydawał mi się bardziej wkurzający niż zazwyczaj.
- Nigdzie nie idę... - Powiedziałem, starając się, aby mój głos nie brzmiał zbyt wysoko. Niestety Caesar zauważył, że coś jest nie tak.
- Rex, płaczesz? - Zapytał z troską i poczułem jak siada obok mnie na łóżku.
- Nie... no coś ty. - Szybko, ukradkiem otarłem łzy i również przyjąłem pozycję siedzącą.
- Rex... - Westchnął. Zamknął drzwi i znów usiadł obok mnie. Przetarłem oczy dłońmi. - O co chodzi?
- O nic. Na serio. - Jak dla mnie brzmiałem bardzo przekonująco. No przynajmniej bardziej niż wcześniej.
- Rex, możesz mi powiedzieć o wszystkim. - Zapewniał, myśląc że się przełamię. Nie miałem najmniejszej ochoty na ckliwą braterską gadkę.
-
Wiem o tym. - Powiedziałem mało entuzjastycznie, ale z czego miałem się cieszyć? Wstałem i ubrałem się tak szybko jak tylko mogłem. Nie
chciałem dłużej z nim rozmawiać. Bałem się, że coś ze mnie wyciągnie i
będzie się mieszał. Poza tym on chyba za bardzo nie przepada za Circe
więc wolałem mu nic nie mówić. Kto wie co by mu strzeliło do głowy.
Muszę przyznać, że Caesar nie jest do końca normalny. Tak powiedział Van Kleiss
i muszę się z nim zgodzić. A propos... Ten szaleniec dawno się nie pokazywał. "Coś
jest na rzeczy. Tylko co on znowu knuje?"
Wyszedłem z pokoju nie odzywając się ani słowem. Jak się spodziewałem
Caesar ruszył za mną. Oglądałem się raz po raz. Zbliżał się do mnie.
Zacząłem biec. Uciekłem do laboratorium. Było puste. A przynajmniej tak mi się
wydawało, dopóki nie zobaczyłem Bobo paradującego w moich goglach. Jak
mogłem nie zauważyć, że nie mam ich na głowie?! Małpa ciągnęła jakiś
ciężki sprzęt i dwa palniki.
- Małpuś, co ty znowu knujesz? - Spytałem podchodząc do niego i założyłem ręce.
- O, Rex. Pomóż mi to zatargać w drugi róg laboratorium. - Chwyciłem machinę i zacząłem ciągnąć.
- Powiesz mi... co to jest? - Ciągnąłem dalej swój monolog przez zaciśnięte zęby. To coś było potwornie ciężkie. Wiedziałem, że będą kłopoty. "A komu się oberwie? Pewnie mnie jak zwykle, bo małpa zdoła zwiać."
- Nie chciałbyś tego wiedzieć.
- Bobo, pamiętasz co było ostatnio? Mam nadzieję, że to nie reduktor pola. - Zatrzymałem się i spojrzałem na niego przenikliwie.
- Wyluzuj, Rex. Tym razem będzie inaczej.
- Inaczej?- Nie podobało mi się to, ale Bobo niczym się nie przejmował tylko robił swoje. Poza tym gdybym mu powiedział, że to nieodpowiedzialne, miałby ubaw na co najmniej tydzień. Niewielu uważa mnie za takiego, który z pokorą ponosi odpowiedzialność za swoje czyny.
- To nie to co myślisz. Po prostu chcę się odegrać na Szóstym za to co mi zrobił. - Usprawiedliwił się. Pewnie miał cykora, że go wsypię. Miałem dziwne uczucie w swoim brzuchu. Ono było bardzo miłe. Czułem, że postępuję dobrze. Byłem z siebie dumny. Nawet bardzo, bo to właśnie ja zwróciłem Bobo uwagę.
- A co ci zrobił? - Zapytałem, bo byłem bardzo ciekaw. Mój przyjaciel przestał pchać pudło i oparł się o nie jedną ręką.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć. - Odpowiedział tajemniczo. Wtedy do labo weszła piękna pani doktor.
- Cześć, chłopcy. Co tu robicie? - Rzuciła na wejście i podeszła do nas.
- Spytaj małpy. - Założyłem ręce i uśmiechnąłem się chytro. Miałem okazję odegrać się na Bobo. To za te kawały, które mi wywinął w ostatnim miesiącu. No, amatorskie to one nie były, ale wolę nie wspominać.
-
Nie byłbym taki pewien, czy to na pewno ja nią jestem. - Zadrwił sobie
ze mnie małpiszon. Chciałem się na niego rzucić, ale Holy mnie powstrzymała. I całe szczęście, bo na jednym kuksańcu by się nie skończyło.
-
Bobo, cokolwiek to jest, masz to natychmiast zanieść z powrotem do
pracowni. - Rozkazała. Poczułem wielką satysfakcję. Poza tym miałem przeczucie, że to był sprzęt potrzebny, do kolejnego "ataku na mnie." Szympans westchnął. - A jeśli zauważę, że jakikolwiek sprzęt
stamtąd zniknął to lepiej dla ciebie, żebym cię nie znalazła. - Ciągnęła dalej. Bobo
zaciągnął sprzęt do pracowni i zniknął nam obojgu z oczu. - Rex, Caesar
mówił, że coś cię gnębi. - "No i masz... a zapowiadał się taki fajny dzień" pomyślałem. Oczywiście nie wliczając tego, że Caesar zdarł mnie z łóżka swoim monologiem.
- Mój hermano, mówi różne rzeczy. Na połowę z nich nie zwracam uwagi. - Przyznałem, co było prawdą, bo gdy zaczyna nawijać mi o swojej pracy... najzwyczajniej w świecie się wyłączam. Tak jak niektórzy uczniowie na lekcjach. Niby słucham, ale słyszę tylko "bla, bla, bla...".
- Rex, powiesz mi co się stało?
- Nic się nie stało. - Starałem się ją spławić. Akurat z nią nie chciałem się kłócić, a tym bardziej rozmawiać o moich problemach sercowych.
-
Jeśli cokolwiek by się działo, coś z czym nie dajesz sobie rady to ja
chętnie ci pomogę. Tylko przyjdź i mi to powiedz, dobrze? - Spojrzała mi
w oczy i totalnie wymiękłem. Złapała moją rękę. Czułem jak nogi się pode mną uginają. Bałem się, że zaraz się przewrócę.
- Mu...mu...muszę iść. - Zająknąłem się.
-
Rex, muszę cię zbadać. Zaczekaj. - Zmusiła mnie bym został. Tak jak
zwykle zrobiła mi tomografię, kilka innych badań i zapisała coś na
podkładce.
- Mogę już iść? - Zapytałem znudzony. Gdybym był zwyczajnym nastolatkiem, to prawe ramię już dawno sflaczałoby mi od nakłuwania.
-
Tak. Możesz iść na trening. - Odpowiedziała. Wtedy podszedł do nas mój
przełożony. Doktor wzięła go na bok. Wiedziałem, że rozmawiają o mnie,
bo raz po raz oglądali się by mieć pewność, że ich nie słyszę. Nie cierpię takich sytuacji. Niby można rozpoznać po gestach część przekazu, ale to nie takie proste. Zwłaszcza przy człowieku, który nic, tylko ciągle stoi z założonymi rękami. No można też czytać z oczu, ale jak ktoś ma je ciągle zasłonięte...
Po chwili
Szósty podszedł do mnie energicznym krokiem. To była jedna z niewielu sytuacji w których się do mnie uśmiechnął. "Co jest grane?" pomyślałem. To wszystko było jakieś podejrzane. A najdziwniejsze było to, że objął mnie ramieniem i spytał o coś czego się kompletnie nie spodziewałem. To nie był Szósty jakiego znałem i... może trochę, podziwiałem. Oczywiście przenigdy mu tego nie powiem.
-
Hej, młody. Może odpuścimy sobie dzisiejszy trening i skoczymy na lody? -
Spojrzałem na niego unosząc jedną brew. Kiedy on to robił to w większości przypadków wymiękałem i od razu z mostu mówiłem o co mi chodzi. - Albo na pizzę. - Zwykle bym
się zgodził, bo niecodziennie trafia się okazja na darmową wyżerkę, ale
nie dzisiaj.Nie miałem nastroju. Zorientowałem się, że ta charltana, czyli mój brat o wszystkim im powiedział. No prawie, bo nie wiem czy powiedział im o tym, że Circe spędziła noc ze mną w moim pokoju. "Chyba tak daleko by się nie posunął" miałem nadzieję.
- Nie, dzięki. - Grzecznie odmówiłem i to chyba był mój największy błąd.
- Rex, wszystko wporządku? - Zapytał zielony.
- Tak. Czemu pytasz? - Odpowiedziałem nieco wrednie. Miałem dosyć tego, że wszyscy traktują mnie jak dziecko, które nie umie samo załatwić swoich spraw i potrzebuje stałej opieki. Szczerze... wolałem już, gdy mnie traktowali jak maszynę. To przynajmniej był mniej wkurzające.
- Holiday trochę się o ciebie martwi i ja też. - Odezwał się "Pan Wszechwiedzący."
- Niepotrzebnie. Idziemy na ten trening czy mogę iść do siebie? - Zapytałem zmieniając temat. Nie sądziłem, że to się uda, ale wymusiłem czego chciałem.
- Idź. Ale gdyby coś się działo, to możesz mi o tym powiedzieć w każdej chwili. Razem coś na to poradzimy. - Dodał Szósty tym swoim spokojnym tonem, który wpieniał mnie wówczas jeszcze bardziej niż zwykle. Mój świat się zawalił, a on się do mnie uśmiecha, proponuje pizzę, jest opanowany jakby nic się nie stało. Miałem dosyć i jedyne czego chciałem to żeby się wreszcie odczepili.
-
Jasne. Obiecuję. - Skłamałem, ale powiedziałem to miłym tonem, aby uniknąć pytania: "Czemu się tak denerwujesz? Przecież chcemy dla ciebie jak najlepiej." To jest jeszcze bardziej wkurzające niż inne pytania.
Poszedłem do pokoju i usiadłem bezradnie
na łóżku. Po chwili położyłem się i nałożywszy na uszy słuchawki, długo
słuchałem smutnych piosenek o niespełnionej miłości. Dawniej bardziej
kręcił mnie rock. Sam się sobie dziwiłem, że teraz zachwyca mnie taka
muza. Nagle ktoś wszedł do mojego pokoju.
-
Rex... - Nie usłyszałem kto to, ale było pewne, że zaraz usiądzie obok
mnie. Miałem zamknięte oczy. Poczułem dłoń, która zdjęła mi słuchawki.
Spojrzałem i ujrzałem twarz Circe.
- O, to ty. - Powiedziałem mało entuzjastycznie. Każdy mógłby teraz tutaj przyjść. Każdy oprócz Niej.
- Możemy porozmawiać? - Spytała miło jak gdyby nigdy nic. Jakby wszystko było ok. A wcale tak nie było. Ja prawie umierałem z tęsknoty, ale ona tego nie widziała. Dziwię się sobie, ale aż mi się wymiotować chciało kiedy na nią patrzyłem. Była moją "pierwszą miłością", a okazało się, że to wszystko nie było naprawdę. Że tylko udawała. Od samego początku mnie okłamywała. Wolałbym już, gdyby mnie zdradziła, to by przynajmniej znaczyło, że przestała mnie kochać. Nie oznaczałoby, że nigdy mnie nie kochała.
- Nie. Teraz nie mam czasu. - Odpowiedziałem. Nie obchodziło mnie czy zrobi jej się przykro. W końcu lepiej nie mieć dla kogoś czasu, niżeli miałby to być zmarnowany czas. Nie wiem czemu się tak dziwię, przecież żyjemy w świecie pełnym kłamstw i nienawiści. Nie ma już w nim miejsca na miłość. "I nie chcę żeby było!" pomyślałem.
- Ale ty nic nie robisz. - Zauważyła. Poderwałem się z łóżka. Energicznym krokiem zacząłem chodzić po pokoju.
-
Robię. Eee... muszę zabrać Bobo moje gogle. - Byłem spanikowany. Nie lubiłem kłamać. Nawet jej nie chciałem okłamywać, chociaż bawiła się mną i grała na moich uczuciach na wszelkie możliwe sposoby.
W tym co jej powiedziałem, była cząstka prawdy. W końcu Bobo nadal miał moje gogle. A one przypominały mi chyba jedyną miłą rzecz jakiej doświadczyłem w życiu. Zrozumiałem teraz, że Holiday i Szóstemu zależy na mnie. Wstałem.
- Jak będę miał czas to dam ci znać. - To powiedziawszy wyszedłem.
Po kilkunastu minutach znalazłem Bobo siedzącego przy stole w jadalni i
pożerającego lazanię. - Bobo, nie zapomniałeś o czymś?
- O czym? - Zapytał. Paszczę miał pełną jedzenia, co mnie nieco brzydziło.
- Moje gogle. - Wskazałem na swoją głowę.
- Dałem twojej dziewczynie. - Myślałem, że zaraz zwymiotuję. Gdyby chociaż połykał ją zanim coś powie. Nie. On otwierał la boca jak najszerzej, ukazując mi przy okazji ich zawartość.
- Komu? - Zapytałem. "To ja mam jakąś dziewczynę? Od kiedy jestem w związku, a co ważniejsze z kim?". Te pytania zadręczały mój umysł.
- No tej lasce w której się zabujałeś wtedy w Cabo Lunie.
- Circe? - Wszystko jasne. Tylko odkąd chodzi plotka, że jesteśmy parą? Skąd Bobo wie, że jestem w niej zakochany? Nie było go podczas naszego pierwszego spotkania. Znaczy... nie widział naszego pierwszego (niedoszłego) pocałunku.
-
Właśnie. Miała ci zanieść. A co z nimi zrobiła to już nie moje
zmartwienie. - Westchnąłem.
Chcąc, nie chcąc musiałem spotkać się z
Circe. Ale wolałem już to, niżeli patrzeć jak Bobo zasysa kolejną porcję lazanii. Ruszyłem korytarzem i wróciłem się do swojego pokoju. Gogle
leżały na łóżku. Założyłem je.
-
No. Przynajmniej nie muszę z nią gadać. - Powiedziałem do siebie z ulgą. Nie miałem najmniejszej ochoty na tę konfrontację. Nie chciałem znowu wysłuchiwać jej nieudolnego tłumaczenia. Wyjaśniła jasno co do mnie czuje i to mi wystarczyło. Szczęście niestety mi dzisiaj nie dopisywało, bo gdy się odwróciłem... - Circe?
Co ty tutaj robisz? - Stała w rogu pokoju, oparta o białą ścianę, smutna i
jakby nieobecna. Lecz po chwili spojrzała na mnie, a po jej policzku
spłynęła łza. Patrzyłem na nią zdezorientowany.
- Rex... proszę porozmawiajmy. - Powiedziała łamliwym głosem. Najpierw myślałem, że to jakaś kolejna sztuczka, ale w końcu stwierdziłem, że to na pewno nie to. Raczej nie umiałaby wyprodukować łez na zawołanie. Kto jak kto, ale z niej jest twarda sztuka. Tak myślę...
- No dobrze. Siadaj. - Zgodziłem się niechętnie. Usiedliśmy na łóżku. Łzy zaczęły jej się lać strumieniami.
- To wszystko nie tak... Ja nie powiedziałam, że... że już mi na tobie nie zależy. - Mówiła ledwo łapiąc oddech. Jej usta lekko drgały. Były na nich jakieś ślady. Chyba przygryzała wcześniej wargi. Znowu to zrobiła, ale tym razem poleciała mała strużka krwi.
- Serio? Bo to dokładnie tak zabrzmiało. - Starałem się być nieugięty. Nie chciałem okazać słabości. Nienawidziłem tego. Stwierdziłem, że prawdziwy bohater nie powinien się załamywać. Chciałem z tym skończyć. Chciałem skończyć z Circe i z tą moją odjechaną osobowością.
- Ja cię kocham, tylko... myśl, że możesz mnie zdradzać z Beverly jest... jest nie do zniesienia.
-
Ja miałbym cię zdradzić? Naprawdę myślisz, że mógłbym to zrobić? -
Pokiwała lekko głową. Spojrzała na mnie przez łzy. - To oznacza, że w
ogóle mnie nie znasz. - Warknąłem i założyłem ręce. Odwróciłem wzrok, by na nią nie patrzeć. Wiedziałem co trzeba teraz zrobić, ale ja chciałem się zmienić. Chciałem stać się kimś, kim nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę. Tę ostatnią rzecz stwierdziłem zaraz po tym, gdy nie mogłem się powstrzymać i spojrzałem na jej zapłakaną twarz. Na jej policzkach pojawiły się rumieńce. To pewnie od nadmiaru emocji. Cała się trzęsła.
- Rex, ja nie chcę cię stracić. - Ciągnęła dalej z trudem. Westchnąłem.
- Rozumiem, ale nie ufałaś mi kiedy mówiłem prawdę. - Wytknąłem jej.
- Wiem... ale ja... - Rozpłakała się i wtedy zrozumiałem, że ona mnie skrzywdziła, lecz mój czyn zranił ją bardziej. Chciałem się od niej odizolować, ale to mogłoby się równać... z odebraniem tlenu. Mojego tlenu i sensu życia.
- Beverly i mnie nic nie łączy. Uwierz. - Zapewniałem. Pragnąłem by przestała już płakać, bo pomału i mnie się zbierało, a to wyglądałoby idiotycznie.
- Teraz już wiem. - Spojrzała na mnie. - I nas również. - Rzekła ze smutkiem. Spuściła głowę.
- Co? Nie rozumiem cię. Czy ty nadal coś do mnie czujesz? - Spytałem łapiąc jej dłoń. Wtedy do pokoju wszedł Bobo.
-
Nie zrywaj z nim, bo drugiej takiej nocy nie przeżyję. - Przyznała
małpa drwiąco.Circe szybko otarła łzy. - Przez całą noc tylko jęki i pochlipywania. Płakał jak dziecko.
- Spadaj. - Warknąłem i wypchnąłem go z pokoju. "Jeszcze Bobo i jego dowcipów mi tutaj brakowało" pomyślałem sarkastycznie.
- Naprawdę? - Spytała Circe.
- Może trochę. - Przyznałem nieśmiało. Byłem zły na siebie za to, że tak czuję. Że jest mi żal, że muszę to wszystko zostawić.
- Ja też płakałam. - Wstała, podbiegła i przytuliła mnie. - Tak tęskniłam. Proszę, daj mi jeszcze szansę. Obiecuję, że będę ci ufała. - Mówiła szybko. Liczyła, że nie mogę bez niej żyć i, że nie mogę mieć innej dziewczyny.
- Sam nie wiem. - Powiedziałem odwracając wzrok w stronę okna. Patrzyłem na błękitne niebo.
- Proszę. Błagam. Kocham cię. - Powtarzała wciąż to ostatnie zdanie, lecz co raz ciszej. Stanęła na palcach i szeptała mi to do ucha.
- Nie przekonuje mnie to. - Powiedziałem, ale dłużej nie mogłem czekać. "Rex, imbécil! Pero usted ella amo! " pomyślałem.
- Rex, ja... - Przerwałem jej.
-
Pocałuj mnie wreszcie! - Rozkazałem. Zamknąłem jej usta namiętnym pocałunkiem. Gdy
go odwzajemniła, poczułem jakby nagle coś we mnie odżyło. Nagle miałem znów dla kogo i dla czego żyć. Dla takich chwil jak ta. Położyłem dłonie na jej pośladkach, a ona uwiesiła mi się na szyi stękając cicho. Podobał mi się ten dźwięk, co mnie dziwiło.
- Dziękuję. - Powiedziała i ponownie mnie przytuliła.
- Nie ma za co. - Powiedziałem nieco drwiąco, bo za co tu dziękować. Zarumieniłem się. Nie wiedziałem, że jestem zdolny do takich rzeczy. A mianowicie do "takich" buziaków". Oficjalnie, to był mój najdłuższy całus świata. Cztery razy musiałem nabierać powietrza.
- Może wyjdziemy gdzieś razem. - Zaproponowała ocierając łzy. Wtedy w całej bazie rozbrzmiał alarm, a czerwone światło rozbłysnęło w całym pokoju. "Teraz? Serio? W takim momencie?" zirytowałem się.
-
Później. Obowiązki. - Oznajmiłem, pocałowałem ją w policzek i wybiegłem.
Czułem się taki szczęśliwy. Dobiegłem do Szóstego i zdążyłem wsiąść do
dżeta zanim odleciał.
- Co z tobą? - Spytał mężczyzna.
- Nic. Nie można się zwyczajnie z czegoś cieszyć? - Zapytałem, jakby to było naturalne, że dopiero byłem przygnębiony, a teraz cieszę się jaki dureń.
- A z czego konkretnie?
- Pogodziłem się z Circe. - Oznajmiłem z satysfakcją. Wtedy przypomniałem sobie, że przecież nic nie wspominałem o naszej kłótni podczas naszej ostatniej rozmowy. Nie przejąłem się tym. Jeśli chce, to niech wie. Nie miałem nic przeciwko.
- Więc to z jej powodu byłeś taki przygnębiony. - Wtrącił swoje trzy słowa, zanim zdążyłem cokolwiek więcej powiedzieć.
-
Miłość jest piękna. - Powiedziałem, a po chwili sam się zorientowałem,
że głupio to zabrzmiało. Takie teksty słyszy się na filmach, ale nie
używa się ich w prawdziwym świecie. W dodatku w ustach nastolatka z
amnezją, który pamięcią sięga jedynie półtora roku, musiało to zabrzmieć
co najmniej niepoważnie. Szósty uniósł jedną brew. - No co? Nie oceniaj
mnie. - Dodałem. Z drugiej strony cieszyłem się, że nic nie powiedziałem o tym namiętnym buziaku. Inaczej zacząłby mi prawić banały na temat tego, że jestem za młody, że to niebezpieczne, bo jeśli dojedzie do czegoś więcej... bla, bla, bla... Po chwili zorientowałem się, że nie słyszałem tego nigdy z jego ust. Być może nie dałem mu pretekstu. Holy również tego nigdy nie mówiła. "Aaa... już wiem gdzie to słyszałem."
Tydzień temu pilot mi się zaciął na kanale sześćdziesiątym piątym. Była jakaś rozprawa w sądzie. Jeden facet miał totalnego świra. Widział jak jego piętnastoletnia córka całuje się namiętnie ze swoim chłopakiem pod domem. Na jej miejscu jakbym miał takiego ojca, to od razu bym wpadł na pomysł, że przed drzwiami może mnie złapać. Zaprosiłbym swoją połówkę do kina. Usiedlibyśmy w ostatnim rzędzie, w ciemnej sali kinowej... a potem moglibyśmy się całować bez zastrzeżeń. I oczywiście bez strachu, że ten ojciec będzie się mieszał. A no właśnie. Wracając do padre. Pobił tego chłopaka na oczach córki. Koleś na szczęście uciekł zanim ten zdążył "przemeblowanie na jego buźce". Niestety daleko nie dobiegł, bo ten psychopata zamknął córkę do domu, wziął widły i dogoniwszy tego muchacho, skopał go, a gdy ten nie miał już siły by się bronić... przebił mu widłami głowę. Zostawił kolesia w krzakach i wrócił do domu. Na jego miejscu pozbyłbym się dowodów, albo chociaż ubrał rękawiczki żeby nie zostawić odcisków palców. Gość dostał dożywocie, a całe to zamieszanie przez jeden głupi buziak. Na końcu prokurator powiedział "Piętnastolatka, młoda dziewczyna... może inaczej. niewinne dziecko, za jednym zamachem straciło i ojca i chłopaka. A dlaczego? Bo zachciało jej się migdalenia pod drzwiami swojego domu. Dziewczyno, ty masz piętnaście lat! Na taką miłość i uniesienia przyjdzie jeszcze czas. Może gdyby nie twój ojciec, to ten chłopiec by jeszcze żył, ale pomyśl do czego by doszło, gdyby nie interwencja twojego taty. Weszlibyście do domu i mogłoby się skończyć na tym, że doszłoby do czegoś więcej. Mogłabyś mieć zajść w ciążę. Miałabyś dziecko. Ty. Tak ty, byłabyś matką. Dwoje młodych ludzi, be zabezpieczeń, bez doświadczenia. Nie mielibyście czasu tego przemyśleć. To się tylko tak wydaje, ale to się dzieje bardzo szybko. Dlatego, zwracam ci na to uwagę. Tak. Pan Nicolas postąpił źle, ale zrobił to, by chronić swoją niepełnoletnią córkę, przed być może największą pomyłką w jej życiu. To go nie usprawiedliwia, ale pokazuje do jakich strasznych czynów jest zdolny człowiek. Jak daleko umie się posunąć, by chronić swoje dziecko. Nie uważam, że pan Nicolas postąpił słusznie. Może mój klient nawet trochę żałuje, ale jednego może być pewien. Że jego córka któregoś dnia mu wybaczy. Może za miesiąc, może dwa, a może będzie chować urazę przez wiele lat, ale mój klient będzie miał tę nadzieję. Będzie miał pewność, że nie stracił swojej córki. Tylko ona mu pozostała po śmierci żony. Uważam wysoki sądzie, że ta sprawa nauczyła czegoś nas wszystkich. Pokazała nam jaką miłością rodzice darzą swoje dzieci i do czego są zdolni się posunąć, by je chronić. Dziękuję." A Holy twierdzi, że nie umiem słuchać. No w każdym bądź razie na odprawie.
- Nie oceniam cię, tylko dziwi mnie ta twoja huśtawka nastrojów. Na pewno nic ci nie jest? - Zapytał Szósty.
- Huśtawka nastrojów? No rzeczywiście. Ostatnio miałem tyle przełomowych chwil w życiu. Ale spoko, dojdę do siebie. - Zapewniałem go.
-
Za dwie minuty będziemy na miejscu. - Poinformował nas jeden agentów. Zauważyłem evo,
jeszcze zanim wylądowaliśmy. Dotknąłem podłogi statku i drzwi się
otworzyły. Czasami nawet podoba mi się fakt, że jestem humanoidalnym
evo. Wyskoczyłem, zrobiłem salto i wygenerowałem plecolot, by wylądować.
- Tak. Już jest w porządku. - Stwierdził Szósty. Wygenerowałem
łupniołapy i waliłem w potwora ile wlezie. Upadł na ziemię, a ja
wyciągnąłem z niego nanity. Wyleczony ptak wzleciał ku górze i zniknął
nam z oczu. Szósty podszedł do mnie.
- Udana akcja. - Stwierdziłem.
-
Tak. Udana. - Uśmiechnął się, co mnie zaskoczyło, bo rzadko można to
zobaczyć. Zawsze ma skwaszoną minę. Wsiedliśmy na statek i ruszyliśmy do
Providence. - Odpuszczę ci dzisiejszy wieczorny trening. Co ty na to?
- No co ty? Serio? - Tego to się kompletnie nie spodziewałem.
- Tak. Chociaż nie zasłużyłeś.
- Dlaczego? - Dopytywałem się, chociaż to było oczywiste.
- Po raz kolejny olałeś moje rozkazy. - Westchnął. - Zaczynam się już do tego przyzwyczajać. - Zaśmiał się.
- A propos, Caesar chyba nie za bardzo przepada za Circe.
- I? - Nawet ja nie widziałem związku pomiędzy tymi sprawami. Tak tylko chciałem komuś o tym powiedzieć.
- Liczę na jakąś pomoc z twojej strony. Dobrą radę. - Przyznałem niechętnie. Nigdy nie radziłem się Szóstego. No przynajmniej nie w takich sprawach.
- Na początek proponowałbym z nim porozmawiać.
- Jak się uda, dam ci znać. - Zadrwiłem sobie bo nie wierzyłem, że to może się udać. Mój hermano bywa uparty. Znam go na tyle długo, że zdążyłem się o tym przekonać. Założyłem ręce i oparłem się o ścianę.
Po kilkunastu minutach dolecieliśmy do bazy. Nie czekając ani chwili,
wyrwałem się stamtąd najszybciej jak mogłem. Umówiłem się z Noah na
kosza. Graliśmy bardzo długo. Wróciłem do bazy wykończony. Trzy razy
prosiłem Noah o rewanż i głupio przyznać, ale trzy razy z rzędu
przegrałem. Od razu poszedłem wziąć prysznic. Gdy się umyłem, nałożyłem
szlafrok i poszedłem do pokoju. Ubrałem moje niebieskie bokserki i
koszulkę. Włosy miałem jeszcze trochę mokre. Położyłem się na łóżku. Czułem jak bolą mnie wszystkie mięśnie. Niespodziewanie przyszła do mnie Circe.
- Rex, gdzie byłeś cały dzień? - Zapytała i usiadła obok na łóżku. Również usiadłem.
- Musiałem coś załatwić. - Wyjaśniłem.
- Czekałam na ciebie. Chciałam pobyć z tobą.
-
Nie byłaś umówiona. Trzeba było mnie poinformować kilka tygodni
wcześniej, to może bym cię wcisnął. - Skrzywiła się. Mój dowcip chyba
nie przypadł jej do gustu. - Dobra. Sorki.
- Tak lepiej. - Przyznała. - Ale nadal jesteś mi coś winien. - Podeszła do mnie i pocałowała. - Zaraz wracam.
Po chwili wróciła ubrana w różowo-czarną koszulę nocną. Materiał był
śliski lekko błyszczał. Zbliżyła się do mnie i i uwiesiła ręce na mojej
szyi. Następnie złapała moją dłoń i położyła na swoim prawym pośladku.
Cmoknęła mnie w usta i zaciągnęła na łóżko. Usiadła na mnie i rozpięła
stanik. Pomogłem jej zdjąć szelki. Wyrzuciła go na środek pokoju.
Zaczęła mnie całować jak opętana. Podobało jej się aż za bardzo, bo w
pewnym momencie zorientowałem się, że próbuje zdjąć mi bokserki.
- Nie... - Mruknąłem, ale nie przestawała. - Przestań. - Rozkazałem tonem oschłym i stanowczym.
- Dlaczego? Nie podoba ci się? - Wyglądał ana zaskoczoną.
- Podoba, tylko... Nie mamy zabezpieczeń i wiesz...
- Ech... - Patrzyła mi w oczy błagalnym wzrokiem. Bałem się, że zaraz spękam. - Ale obiecaj, że kiedyś...
- Nie jestem gotowy. Kiedyś być może. Wybacz, ale to był długi męczący dzień.
- Ale...
- Dobranoc. - Pocałowałem ją w policzek. Wstała i wyszła.
- Dobranoc... - Szepnęła. Po chwili przyszedł do mnie Caesar.
- Caesar? - Zdziwiłem się. - Wiesz która godzina? - Zapytałem. Ostatniej nocy prawie w ogóle nie spałem. Nie chciałem zrywać kolejnej.
- Po północy. Wybacz, że cię budzę Rex, ale muszę ci powiedzieć coś ważnego.
- Co?
-
Nie ufaj Circe. Ona nie jest taka za jaką ty ją uważasz. Ona coś
ukrywa. A to coś ma związek z Van Kleissem. Więcej nie wiem, ale jak
tylko się dowiem to cię o tym poinformuję. Miłych snów.
- Branoc. - Odpowiedziałem, a Caesar wyszedł.
Ta sytuacja była dla mnie trudna. Circe mi ufała, a dzięki mojemu
hermano ja zaczynałem ją podejrzewać o spisek. Czy możliwe, że to
wszystko było uknute, aby mnie omamić? Żeby uśpić moją czujność i
zaatakować w najmniej spodziewanym momencie? Caesar nie jest do końca
normalny, ale jedno jest pewne: nie oskarżałby bezpodstawnie mojej
dziewczyny. Coś jest na rzeczy, tylko co? Zasnąłem z trudem tej nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz