ROZDZIAŁ 3
~ Circe ~
Następnego dnia, gdy się obudziłam zauważyłam, że już nie przytulam Rexa
tylko białą poduszkę. Wyspałam się za wszystkie czasy. Ubrałam się, zjadłam
śniadanie, albo raczej lunch, który przyniósł mi Caesar i poszłam szukać
jego brata.
Szłam korytarzem mijając wielu ludzi, a raczej kadetów w biało-czarnych strojach. Nikogo tutaj nie
znałam. Trafiłam do dziwnego pomieszczenia. Był tam tomograf, probówki,
komputery i różne maszyny. Lecz tylko jeden widok przykuł moją uwagę. A
mianowicie kobieta o ciemnych brąz włosach i zielonych oczach, ubrana w
pomarańczowy golf, fioletową spódniczkę, biały kitel i czarne kozaki na
obcasie. Zdjęła Rexowi bluzę i koszulkę... "Ona go maca! " pomyślałam to co widziałam. Szybko tam podeszłam.
-
Zabieraj od niego łapska! - Krzyknęłam. Na szczęście nikogo prócz naszej trójki nie było w pomieszczeniu. Może niektórzy mieli mnie za bojaźliwą i grzeczną osóbkę, ale gdy mi na czymś zależy potrafię o to zawalczyć. Popchnęłam brunetkę tak mocno, że prawie uderzyła o biały stół stojący za nią. - Obmacuj sobie swojego
faceta! - Wypaliłam i wtedy zorientowałam się, że w pewnym sensie
nazwałam Rexa "moim facetem".
- To nie tak. Ja... - Chciała się wytłumaczyć, ale jej nie pozwoliłam. Kipiałam ze złości.
- Weź się od niego odczep!
- Rex, co Circe tutaj robi? - Spytała kobieta opanowanym tonem.
- Teraz mieszka. Sprowadziliśmy ją tutaj, bo tu jest bezpiecznie. - Wyjaśnił. Ja tam bym się do niej nie odzywała. Niech sama pogłówkuje.
- Nie. Pytam czemu przyszła do laboratorium. - Rex wzruszył ramionami.
- Szukałam cię. - Wyjaśniłam mu i posłałam kobiecie gniewne spojrzenie. - Ale czemu ona cię dotyka? - Chciałam usłyszeć jego wersję wydarzeń.
- Byłem na treningu i strasznie bolą mnie plecy. - Ubrał koszulkę. - Doktor Holiday tylko mnie badała. Co nie Holy?
- Jasne. Circe spójrz na mnie. Mogłabym być jego matką. - Spojrzałam na nią przepraszająco, a ona uśmiechnęła się do mnie. Było mi głupio, że tak na nią naskoczyłam. Chciałam się zapaść pod ziemię.
-
Właśnie. Rex, kiedy poznam twoich rodziców? - Zmieniłam szybko temat. - Na pewno są
fajni. - Powiedziałam, bo chciałam trochę rozładować napięcie. Nagle zauważyłam, że uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Może i byli... - Odpowiedział smutno. Nie wiedziałam co jest grane, więc ciągnęłam dalej.
-
Ej, ludzie się nie zmieniają. Może przedstawisz mi ich dzisiaj na
kolacji? Ty masz szczęście. Moi raczej nie tolerowaliby tego, że tu
pracuję i nie chodzę do szkoły. Oni mnie kontrolują, a twoi cię
akceptują. Dlatego dwa lata temu uciekłam. Zazdroszczę ci, że się z nimi
dogadujesz w kwestii nauki i w ogóle. - Rozgadałam się jak nigdy. Sama się sobie dziwiłam.
- Nie rozmawiam z nimi. - Unikał mojego wzroku jak ognia. Jakby chciał mi coś przez to przekazać, ale wtedy nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Circe... - Wtrąciła doktor.
- To tak jak ja z moimi. - Oznajmiłam wesoło.
- Nie rozmawiam z nimi, bo oni... oni nie żyją. - Powiedział z trudem przełykając ślinę.
- Przykro mi, ale przynajmniej nie musisz codziennie słuchać ich narzekania. - Dodałam, ale dopiero gdy to usłyszałam, zrozumiałam jak głupio to brzmiało. "Dlaczego ja zawsze muszę wszystko zawalić? A było tak dobrze między nami."
- Tak... - Ruszył do drzwi.
- Dokąd idziesz? - Spytałam. Bałam się, że nie zechce mnie więcej widzieć i chciałam go zatrzymać.
- Chcę być teraz sam. - Po chwili zostałam sam na sam z Holiday. Spojrzałam na nią smutno.
- Powiedziałam coś nie tak? - Zapytałam, bo czułam, że moje słowa go zabolały.
- Jego rodzice zginęli podczas eksplozji nanitów. On ma amnezję i nawet ich nie pamięta... zrozum go. To dla niego trudne. - Wyjaśniła i wróciła do pracy.
- Ech... ale się wygłupiłam. Nie chciałam go zranić... - Byłam bliska płaczu.
- To nie twoja wina. Skąd mogłaś wiedzieć? - Ciągnęła dalej, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. Zamilkłam, usiadłam na krześle i przez chwilę ją obserwowałam w nadziei, że Rex za moment wróci i wtedy wszystko mu wyjaśnię. Było około 16:00.
- Gdzie on poszedł? - Zaczynałam się martwić.
- Pewnie do zoo. - Uspokajała mnie kobieta.
- Do jakiego zoo? - Zdziwiłam się. Byłam tu od niedawna i nie wiedziałam, że mają tu jakieś zoo. Nawet się tego nie spodziewałam. No, bo kto zdołowany idzie do zoo. "Ale w sumie każdy ma swoje miejsce gdzie wylewa smutki..." pomyślałam.
-
Tam trzymamy evo-zwierzaki. - Wyjaśniła mi zielonooka. Nagle zauważyłam oślepiające światło błyskawicy. - Idź po
niego. - Rozkazała. - Muszę go jeszcze zbadać. Zrobić tomografię i w ogóle. - Wzięłam
jego bluzę. - Trafisz?
-
Tak. - Wyszłam. Chwilę szukałam Rexa.Dżungla była gęsta, a w dodatku zimny deszcz. Ziemia zaczynała się robić miękka. Na chwilę utknęłam w glinie. Gdy próbowałam się wydostać, usiadłam na mokrej, lepkiej ziemi. Z trudem wstałam. Po dłuższym czasie znalazłam Rexa.
Siedział obok Evo-drzewa, które miało mnóstwo czerwonych oczu. Podeszłam
do chłopaka i okryłam go, mokrą już bluzą. Spojrzał na mnie. - Rex,
przepraszam. Nie miałam pojęcia. Nie płacz. - Pocieszałam go.
- Nie płaczę. To tylko deszcz. - Usprawiedliwił się, ale ja wiedziałam, że kłamie. Wstaliśmy.
- Chodź do środka. - Powiedziałam czule. Szatyn po wejściu od razu wziął czyste ciuchy i poszedł pod prysznic. - Przepraszam. - Powtórzyłam gdy wyszedł z łazienki.
-
Już nie musisz. - Poszłam się kąpać. Po wysuszeniu włosów i mocno
spóźnionej kolacji, gdy starannie umyłam zęby, przyszłam do Rexa ubrana w
fioletową piżamę.
- Rex...- Szepnęłam podchodząc do niego. Siedział na krześle, obok okna.
- Wejdź. - Powiedział bez entuzjazmu. Był jakby nieobecny. Cały czas patrzył w okno.
- Myślisz o... - Urwałam, bo nie wiedziałam czy mogę dokończyć. Nie wiedziałam co może się stać, gdy znowu to powtórzę i trochę się przestraszyłam.
- Rodzicach? Nie. - Odpowiedział. - O tobie. - "O mnie? Ale co? Że jestem idiotką?" - O NAS.
- Nas? - Zdziwiłam się. Czułam jak robi mi się gorąco.
- Tak. Jak to jest? Rozchodzimy się i schodzimy.
- Zdecydowanie wolę powroty. - Podeszłam bliżej wolnym krokiem. - Rex... ten pocałunek... - Poruszył się na to słowo. - Na plaży... - Przypomniałam mu. Chciałam by to się powtórzyło. Niczego więcej nie pragnęłam, tylko poczuć jego ciepło.
- Tak... sorki. - Spuścił wzrok, a na jego twarzy pojawił się drwiący uśmieszek.
- He? - Nie wiedziałam o co mu chodzi. Czyli ten pocałunek według niego nie był idealny. A może to ze mną było coś nie tak. Niepokój wrócił na nowo.
- Nie powinienem cię całować...
- Czemu? Mnie się podobało. - Nie wiedziałam czy jest jeszcze co ratować, ale spróbować zawsze można.
- Serio? - Gdy o to spytał, poczułam ulgę. Więc jednak mu się podobało. Może nawet bardziej niż mnie.
- Tak. - Podeszłam do niego i stanąwszy za nim objęłam go. - A tobie? - Zapytałam dla pewności.
-
Ba-ba-bardzo... - Zająkał się, co mnie trochę rozśmieszyło. Wtedy nabrałam trochę więcej pewności
siebie. On bał się bardziej niż ja. Albo raczej był bardziej nieśmiały, na jakiego nie wyglądał. Zaczęłam całować jego szyję. Wzdrygnął się na początku, ale
potem wygiął ją w prawo. Westchnął. Przestałam i spojrzałam na niego.
- Rex... kocham cię... - Bałam się. Zdziwiło go to wyznanie. Nie byłam już pewna czy dobrze zrobiłam. Przez chwilę pomyślałam, że to był błąd.
- Ja też CIĘ KOCHAM. - "Powiedział to... powiedział". Nie potrafię opisać radości jaką wtedy miałam w sobie.
- Rex muszę ci coś powiedzieć...- Zaczęłam, ale przerwał mi.
- Ćśśś... - Szepnął i pocałował mnie. Następnie podszedł do elektrycznych drzwi i dotknął zamka. Natychmiast pokryły się one niebieskimi, świecącymi liniami.
-
Co ty robisz? - Spytałam. Nie rozumiałam jeszcze do końca o co mu chodzi. Znałam jego zdolności. Van Kleiss często mi o nich opowiadał. Rex złapał mnie w talii. Następnie
zaczął rozpinać górę od mojej piżamy. Jeden guzik... drugi... trzeci... Na początku się przestraszyłam, ale potem zaczęło mi się to podobać coraz bardziej. Zdjął mi bluzkę, a ja zdjęłam spodenki. Energicznie ściągnął swoją koszulkę i wepchnął
mnie na łóżko. - Rex... - Przez przypadek dotknęłam jego klaty, co mi
się spodobało. Poczułam przyjemny dreszcz, który przeszył na wskroś moje ciało.
- Chciałaś mi coś powiedzieć? - Spojrzał mi w oczy. Totalnie wymiękłam. W tamtej chwili nie istniało nic i nikt poza nim.
-
Już zapomniałam... - Powiedziałam, a on zaczął całować moją szyję. Położył moje dłonie na
swoim rozporku. Rozpięłam mu spodnie. Po chwili zostaliśmy w samej
bieliźnie. Całowaliśmy się i głaskaliśmy przez większość nocy. Gdy się
już zmęczyliśmy, oboje opadliśmy na łóżko. Rex ziewnął.
- Przepraszam.
- Ile dzisiaj... znaczy wczoraj spałeś? Licząc od trzeciej w nocy? - Trochę czasu minęło odkąd tutaj przyszłam, dlatego nie byłam pewna, czy mamy już ranek, czy może jest noc. Rolety były zasłonięte i w pokoju był półmrok.
-
Jakieś... dwie godziny. - Przyznał i znowu ziewnął. Wstałam i ubrałam
piżamę. Podałam mu koszulkę i spodenki. Ubrał je, a ja podkręciłam
klimatyzację żeby było cieplej. Położyłam się obok niego. Znowu powrócił
do całowania.
- Rex... - Westchnęłam, bo było mi bardzo przyjemnie. - Już dość... - Przestał. - Idziemy spać. - Oznajmiłam tonem stanowczym, ale łagodnym.
- Która jest? - Zapytał,a ja spojrzałam na zegarek.
- Druga trzydzieści?! - Przestraszyłam się. Miałam być w pracy na siódmą rano. Nie miałam zamiaru iść niewyspana, bo gdy nie dosypiam to nie mogę się na niczym skupić. "Na pewno mnie wyleją..." pomyślałam.
- Znowu to samo... - Marudził Rex..
- Co? - Nie wiedziałam o co mu chodzi.
- Kolejna nieprzespana noc. - Wyjaśnił.
- To ile ty ich miałeś? - Zaczęło mnie to irytować. On ma 15 lat, a oni traktują go jak robota, który może pracować dwadzieścia cztery na dobę, bo nie ma własnego życia. Nie potrzebuje snu, ani... niczego, tylko ma pracować i nic więcej.
- Trzy, może cztery. - Powiedział. Tym razem nie kłamał, bo patrzył mi prosto w oczy. - I tak wstaję za dwie i pół godziny.
- Nie. Zostaniesz w łóżku i będziesz odsypiał. - Spojrzałam na niego gniewnie, by mu pokazać, że nie warto mi się sprzeciwiać.
- Ale Providence...
- Będą musieli sobie poradzić bez ciebie. - Dodałam. Nie zamierzałam odpuścić.
- Ja mam obowiązki. - Wyjaśnił.
- Rex... - Przeszywałam go wzrokiem.
- Circe, nie mogę. - Zaczęłam palcem muskać jego klatę. Pocałowałam go. Skoro prośby nie pomogły, to musiałam na chwilę uśpić jego czujność.
- Dla mnie... - Chciałam go zmusić żeby zrobił wszystko co mu każę. W tym wypadku chodziło mi o to żeby się wyspał. Robiłam to dla jego własnego dobra, ale nie wiem czy to wiedział.
- Dobrze. - Zgodził się w trybie natychmiastowym.
-Śpij już. - Rozkazałam. Uśmiechnęłam się. "Pff... faceci. Tak łatwo ulegają" pomyślałam. Przykryłam nas i przytuliłam się do nagiej piersi Rexa.
- Dobrze, że nikt nie wie, że śpimy razem... - Szepnął.
Do tej pory o tym nie myślałam, ale dzięki niemu zaczęłam się obawiać, że jednak ktoś o tym wie. Że lada
chwila wszystko się wyda. Lecz on nie wiedział o moim lęku.
Momentalnie zasnął. Rozumiałam go. Musiał być wykończony. Mnie też w końcu się udało się odejść w błogi sen. Rano obudził mnie hałas
zza drzwi. Spojrzałam na nie, a do pokoju wszedł Caesar. "Mam przerąbane" przeszło mi przez myśl. Nie umiem opisać jak bardzo się bałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz