ROZDZIAŁ 12 "Nowy rodzaj zła"
Nie
mogłem im powiedzieć. Tak naprawdę nie pojechałem do Szóstego. Dobrze,
że się nie połapali, że kłamię. Wybiegłem z bazy i pojechałem we
wskazane miejsce. Do znanej, ale drogiej restauracji. Podszedłem.
Przeprosiłem. Co ciekawe, gdy się przedstawiłem od razu zaprowadzono
mnie do stolika.
Usiadłem.
Byłem tam sam jak palec. Na stoliku stała lampka wina, ale przecież ja
nie piję. Czekałem i czekałem. Nagle do stolika podeszła dziewczyna.
Szatynka i ciemnych oczach. Ubrana cała na czarno. Nie powiem. Ładna,
ale nie w moim typie.
- Rex, prawda?
- Tak... a ty zdaje się miałaś mi coś ważnego do powiedzenia.
- Owszem.
-
Ale najpierw. Powiedz mi kim jesteś? - Spytałem. Wolałem wiedzieć od
razu z kim mam do czynienia. Mogłem trafić na zawodową zabójczynię, albo
kogoś z rodziny łowcy Caine'a.
- Jestem Jade. Dziewczyna Caesara.
- Caesar nie ma dziewczyny. - Podkreśliłem.
- Jestem jego byłą dziewczyną.
- Ja go nie przekonam żeby do ciebie wrócił. - Uprzedziłem. - Bo to on rzucił ciebie, tak?
- A co ci do tego?!
- Nie. Nic. Ja na jego miejscu... nie rzuciłbym takiej ślicznej dziewczyny jak ty... - Wyszczerzyłem się.
- Dobra, bez takich panie casanova. - Rzuciła zimno. Schowałem uśmiech. - Chodzi tutaj nie o mnie, tylko o TWOJĄ dziewczynę.
- Circe?
-
Tak. Chyba. Nie pamiętam jak jej na imię, ale Caesar mi o niej
wspominał. Więc proszę cię grzecznie. Pilnuj swojej dziewczyny. -
Ostatnie zdanie powiedziała z gniewem w głosie.
- O co ci chodzi?
- O to, że... - Wtedy podszedł do nas kelner.
- Co podać? - Spytał.
- Eee... ja... na razie poproszę wodę. - Powiedziałem.
- A pani?
- To samo. - Kelner odszedł.
- Co mówiłaś? - Spytałem.
- Chodzi o to, że Circe... - W tym momencie podeszła do nas jakaś dziewczyna. Nie powiem... ładna była.
- Hej, przepraszam. Chciałam tylko spytać, czy wy jesteście na randce?
- Nie. - Zaprzeczyła zbulwersowana Jade.
- Rex, prawda? - Spytała mnie nastolatka.
- Tak... - Powiedziałem niepewnie.
- Chciałabym zapytać czy... - Zaczęła się "bawić" swoimi dłońmi. - Czy... nie umówiłbyś się ze mną?
- Ale ja...
- Jeśli nie masz czasu to nie ma sprawy.
- Ja... nie wiem jak ci to powiedzieć...
- Pośpiesz się, bo jestem tu z rodzicami. Powiedziałam, że idę do łazienki.
- Ych! - Wkurzyła się Jade. - Tak. Umówi się z tobą. Piątek o 19:00. - Powiedziała. Blondynka spojrzała na mnie.
-
Wiesz co? Nie wiem kiedy będę miał czas. - Wyjąłem z kieszeni kelnera
długopis i wyrwałem kartkę z jego notesika. Zapisałem swój numer
telefonu i podałem karteczkę dziewczynie. Resztę oddałem kelnerowi.
- To... zadzwonię. - Powiedziała, uśmiechnęła się do mnie i oglądając się co chwila, poszła do innego stolika.
- To, co chciałaś powiedzieć? - Spytałem.
- Jak już mówiłam, Circe... - Znów podszedł kelner.
- Wasza woda. Czy podać coś jeszcze? - Spytał.
- Nie dzięki. - Odpowiedziała Jade, wkurzona już na maksa. Mężczyzna odszedł.
- Ej, nie musisz się na nim wyżywać. - Warknąłem. - To, że ci się nie układa w życiu, nie znaczy, że musisz psuć dzień innym.
- Nie pouczaj mnie. Chcę ci pomóc i sobie też. - Powiedziała. Śledziłem każdy ruch jej ciemnych warg.
- No to mów co miałaś powiedzieć i po sprawie. Zaczynam się tutaj nudzić. - Oznajmiłem i wziąłem łyk wody. Odstawiłem szklankę.
- Circe cię... - I właśnie wtedy zadzwonił mój komunikator.
- Sorki. - Wyszedłem. - Szósty, co jest?
- "Evo w centrum Manhattanu. Potrzebne nam wsparcie."
- Dobra zaraz będę.
- "Tylko pośpiesz się." - Uprzedził. Moja towarzyszka wyszła za mną.
- Rex, próbuję ci coś powiedzieć od ponad dwudziestu minut.
-
Tak wiem. Powiesz kiedy indziej, bo mi się śpieszy. Naprawdę. Trzymaj
się. - Wygenerowałem plecolot i odleciałem. Poza tym nie chciałem, żeby
się wydało, że nie mam czym zapłacić. "Kurcze, fajnie by było mieć własną forsę."
Gdy
doleciałem na miejsce zobaczyłem pełno agentów, rozwalone budynki, auta i
ulice. Wielki evol, chociaż nie jestem do końca pewny czy to był evo,
wysunął kły. Wyglądał jak człowiek. Tym potworem była kobieta. Wzleciała
ku niebu, ale zdążyłem złapać ją za nogę.
http://inspector97.deviantart.com/gallery/28394817#/d38at37
-
Wybierasz się dokądś? - Spytałem, a ona zasyczała na mnie. Kopnęła mnie w
twarz. Wolałbym nie rozwijać tej myśli, bo ból jaki wtedy poczułem był
nie do opisania. Jej obcas pozostawił ślad na moim czole. Uniosła się
ponad nami. Agenci zaczęli strzelać. Kobieta uniosła ręce do góry.
- Żałośni śmiertelnicy. - Powiedziała. - "Chociaż dotykasz obłoków, nie postawisz ni dwu kroków." - Wypaliła w moją stronę. Moje maszynki się rozsypały i nie mogłem się ruszyć.
- Co... co mi zrobiłaś? - Udało mi się wykrztusić. Szósty ruszył do ataku.
- "Do walki rwą się twoje miecze, niech krew z twojej piersi ciecze."
- Powiedziawszy to w stronę Szóstego, zaśmiała się złowieszczo. Nagle
zauważyłem, że jego biała koszula zaczyna przybierać czerwonawy kolor.
Kobieta odleciała, lecz przedtem ugryzła jednego z agentów. Pobladł i
jakby zesechł się jak śliwka. Był pomarszczony i brązowawy. Gdy kobieta
zniknęła nam z oczu, nagle mogłem się poruszać. Podbiegłem do Szóstego,
który rozpiął koszulę. Na jego klacie nie było śladu po ranie. Krew już
się nie lała. Tylko na jego koszuli została wielka czerwona plama.
Wróciliśmy
do Providence. Od razu poszedłem szukać Circe. Słońce chyliło się już
ku zachodowi. Znalazłem moją dziewczynę na dachu bazy. Ale to nie
wszystko. Owa postać unosiła się naprzeciw niej.
- Zostaw ją w spokoju! - Krzyknąłem i podbiegłem do nich. Odepchnąłem Circe na bok, tak że upadła.
- Rex, co ty wyprawiasz? - Spytała z wielkim wyrzutem. Wstała.
- Nie mieszaj się do tego, Rex. - Powiedziała kobieta, która przed paroma minutami spuściła mi manto.
- Czego od niej chcesz? - Spytałem potwora wskazawszy na Circe.
- Rex, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. To nie jest twoje zmartwienie.
-
Circe jest moim zmartwieniem. A teraz, albo stąd znikniesz, albo tak ci
przywalę, że nie wstaniesz. - Moja groźba chyba nie zrobiła na niej
wrażenia, bo zaśmiała się.
- Otwórz przede mną umysł...
- Co? - Wydawało mi się, że chce wejść do mojej głowy. Nie pozwoliłem jej. Nanity blokowały to połączenie.
- Rex, uważaj ona może ci zrobić krzywdę. - Ostrzegała mnie Circe.
- Ona? To dla mnie mały pikuś.
- Taki jesteś pewny? - Spytała kobieta złośliwie. Jej dłonie zaświeciły się i moje maszynki się rozpadły. - "Chcesz... - Zaczęła, ale wtedy podbiegł do nas Caesar. - Ty? - Moja moc powróciła. Spojrzałem na brata.
- Rex, co się tutaj dzieje? - Spytał.
- Tori, proszę zostaw nas. - Błagała Circe.
- Twoja krew... pachniesz tak... smakowicie.... - Wylądowała na dachu Providence. Wolnym krokiem zmierzała ku Caesarowi.
- Co? - Skołował się.
- Wiej! - Krzyknąłem. Mój brat wbiegł do środka i zamknął drzwi. Kobieta spojrzała na mnie.
- Zepsułeś mi posiłek. Nie dajesz mi wyboru. Muszę cię usunąć. "Ignorujesz me wyroki, a więc zaśniesz snem głębokim. Aż całusem cię wybudzi, miłość szczera i bez złudzeń."
-
Tak. Możesz sobie... - Nagle powieki zaczęły mi się same zamykać. -
Możesz... możesz... - Zdążyłem wyszeptać, a potem ujrzałem tylko
ciemność. Chciałem otworzyć oczy, coś powiedzieć, ale nie mogłem się
ruszyć.
Nie
wiem co się potem stało. Słyszałem wszystko co się działo dookoła, ale
nic nie mogłem zrobić. Czułem tylko jak ktoś mnie niesie, a potem
kładzie na łóżko. Circe obwiniała się za to wszystko, ale nie wyglądała
na totalnie załamaną. Przynajmniej nie słyszałem tego w jej głosie.
Czekałem aż mnie wybudzi pocałunkiem, ale na darmo. Chwilę słyszałem jak
ktoś rozmawia, a potem ciszę. Zostałem w sali całkiem sam. Czy już nigdy nie ujrzę tych, których kocham?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz