ROZDZIAŁ 5
Słowniczek:
chcicherrones - tyłek (grzeczniej ujmując)
~ Rex ~
Całowałem się z Beverly. Nawet nie wiem dlaczego to robiłem. Może
dlatego, że było mi jej żal... Opowiadała mi, o swoim pierwszym
chłopaku. Zostawił ją, bo nie umiała się całować. Ach... ta porąbana
miłość. Postanowiłem ją tego nauczyć w końcu, przyjaźnimy się. Miałem tylko nadzieję, że nikt nas nie widział, bo tę plotkę niełatwo by było uciszyć. W sumie, nigdy nie wyobrażałem sobie siebie Z Bevy, "stukniętą kumpelą." Jak to ona się określa.
Nigdzie nie mogłem znaleźć Circe. Szukałem jej w całej Providence. Jakby się rozpłynęła. Postanowiłem ją namierzyć. "Nie... Ona jest w Abysji..." przestraszyłem się. Co ona tam robi. Dlaczego uciekła? Czy już mnie nie kocha? Nurtowały mnie te pytania. Natychmiast chciałem tam polecieć, ale Beverly mnie zatrzymała.
- Nie mam teraz czasu. - Warknąłem. Byłem wkurzony na siebie, że nie upilnowałem Circe. Przecież wycieczka do Abysji, to była głupota na skalę światową.
- Rex, porozmawiajmy. - Chwyciła moje ramię.
- O czym? Co jest takie ważne? - Spytałem, szczerze to miałem to daleko w chcicharrones. Byłem tak podirytowany.
- Chodzi mi o ten nasz pocałunek... - Stanąłem przed nią, a ona puściła moją kurtkę.
- Co z nim? - Niecierpliwiłem się.
- Coś ci powiem... ja... chciałabym żeby to było naprawdę.
- Co? - Nie wiedziałem co powiedzieć. Beverly się we mnie zakochała? Przecież to niemożliwe. Jesteśmy przyjaciółmi. Poza tym, w tej chwili nie czułem się warty tej miłości. Jeśli w ogóle można to było tak nazwać. Nigdy nie myślałem, że mogę się spodobać jakiejś dziewczynie. Nawet nie wiedziałem, że podobam się Circe, dopóki mi nie powiedziała.
- Chcę żebyś był mój... - Wyszeptała mi czule do ucha, kładąc ręce na mojej klacie. Głaskała mnie.
-
Pogadamy później, ok? - Odbiegłem. Wpadłem jak burza do... w sumie nie wiem co to było... garaż? Przypadkowo potrąciłem kilku agentów. Wsiadłem do dżeta i odpaliłem silnik.. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć.
Po chwili byłem w
Abysji. Nie przesiaduję tutaj na co dzień, dlatego miałem słabą orientację w terenie. Wszędzie jakieś drzewa. Pełno błota. Ani żywej duszy, nawet evo-duszy. Ziemia uginała się pod moimi stopami. Niebo było pomarańczowe. Pierwszy raz widziałem taki odcień sklepienia, gdy brakowało zachodu słońca. Po dłuższej chwili znalazłem zamek. A raczej jego resztkę. Wbiegłem do środka, ale to co zobaczyłem... Tego się nie spodziewałem. Czułem wszechogarniającą mnie wściekłość. Van Kleiss trzymał swoją mechaniczną łapę w brzuchu Circe.
-
Zostaw ją! - Krzyknąłem.
- Nie wtrącaj się, Rex. Ona sama tutaj przyszła. - Wyjaśnił Kleiss. Ale mnie to w ogóle nie obchodziło. Sama czy też nie. To nie miało znaczenia. Istotne było to, że ona była bezbronna, a moim zadaniem jest chronić tych, którzy potrzebują pomocy.
-
Akurat w to wierzę. - Musiałem mu coś odpowiedzieć. Walczyłem długo ze swoim nemezis. W pewnym
momencie szybko wygenerowałem miecz, odciąłem korzeń owinięty wokół prawej nogi Circe. Niestety, roślina nie zwolniła uścisku. "Zbudowałem" plecolot, wziąłem dziewczynę na ręce i zabrałem ją do dżeta. Udało
nam się uciec. Gdy dolecieliśmy do bazy, była jakaś dziewiętnasta. Czarnowłosa nie odzywała się do mnie. Usiedliśmy na
łóżku w moim pokoju. - Na pewno dobrze się czujesz? - Zacząłem rozmowę.
- Nie. - Powiedziała chłodno. Chyba postanowiła się na mnie obrazić.
- Co ci jest? - Zapytałem z troską.
- Serce mnie boli.
- To może chodź z tym do Holiday... - Przestraszyłem się.
- Nie. Boli mnie przez ciebie! - Teraz już wiedziałem, że chodziło jej o to, że ją zraniłem. Tylko czym?
- Co?
- Czemu nie powiedziałeś, że Beverly jest twoją dziewczyną? Dlaczego...? - Spytała lekko łamiącym się głosem. Do jej oczu napłynęły łzy. Wstała i odwróciwszy się do mnie plecami założyła ręce. Od czasu do czasu ocierała łzy.
- Bo ona nie jest moją dziewczyną.- Wyjaśniłem. Nie wiedziałem skąd w ogóle jej to przyszło do głowy.
- Tak? To czemu ją całowałeś? - Spojrzała na mnie wzrokiem pełnym nienawiści. Nigdy tak na mnie nie patrzyła, no może raz... ale to było dawno. Wtedy jeszcze nie miała własnego zdania. Albo raczej nie mogła mieć.
- U-uczyłem ją... - Zająkałem się. Ta cała sytuacja była dla mnie bardzo trudna.
- Uczyłeś... jasne... Idiotkę możesz robić z takiej jak ona, ale nie ze mnie. - Warknęła. Nadal mówiła tak jakby to co było między nami już nie żyło.
- Mówię prawdę. Zaraz... czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosna? - To było pierwsze co mi przyszło do głowy.
- Ja? O kogo? O ciebie? W twoich snach. - Mówiła złośliwie, ale ja wiedziałem, że w tej sprawie to ja mam rację.
-
To mi wystarczy. - Gdy to powiedziałem do pokoju weszła Beverly. -
Powiedz jej, że ja i ty nie jesteśmy razem. - Zwróciłem się do Bevy.
- Nie jesteśmy. - Oznajmiła.
- Ha! Zaraz... co? - Zdziwiła się Circe.
-
Rex, chciałam cię przeprosić. - Wyznała Beverly nieco skrępowana. - Pośpieszyłam się. Nie
chciałam ci robić nadziei... Przemyślałam to i... może lepiej będzie
jeśli zostaniemy przyjaciółmi. Tak jak dotąd. -= Uśmiechnęła się niemrawo. Nerwowo bawiła się swoimi dłońmi.
- Ok... - Skołowałem się. Ona mówiła serio? Myślałem, że to było tylko takie chwilowe uniesienie. Pocałowaliśmy się i w ogóle, a ona myślała, że ja serio... że... że coś do niej czuję. Było mi strasznie głupio, ale ulżyło mi. Beverly była... znaczy jest niezłą laską. Nawet mi się podoba, ale bez przesady.
- I Szósty woła cię na trening.- Dodała brunetka.
- Zaraz przyjdę. - Wyszła. - Dzięki, że powiedziałaś mi prawdę. - Skoro Circe chciała to wszystko zakończyć, to stwierdziłem, że nie mam tu nic do gadania. Ten związek nie miałby przyszości, gdyby ona nie czuła tego co ja. Postanowiłem pozwolić jej odejść.
- Co? - Circe chyba nie wiedziała o co mi chodzi.
- No, że już mnie nie kochasz... Dobrze, że powiedziałaś mi prawdę. To dla mnie wiele znaczy. - Tak naprawdę "serce mi pękło". Czułem się tak jakby zawalił się cały mój świat. Odbudowanie go bez niej... wydawało się niemal niemożliwe.
- Rex, ja...
- Co? - Spytałem zimno. Byłem na nią zły i byłem wkurzony na siebie, za to co powiedziałem.
- Ja...
- Muszę iść na trening. - Wyszedłem.
Trening poszedł mi fatalnie. Najpierw Szósty tak mi wkopał, że ledwo co mogłem się ruszyć. Później Holy postanowiła podnieść mi stopień trudności, co oczywiście skończyło się kolejną serią siniaków i zadrapań. A co po tym następuje? Szpryca i badanie. Jak ja tego nie cierpię. Podsumowałem sobie cały dzień i stwierdziłem, że gorzej już chyba być nie może, kiedy Szósty wpadł na pomysł, żebym spróbował jeszcze raz. Powtórka z rozrywki tylko, że teraz, cztery razy odbiłem się od ziemi. W dodatku nie mogłem się skutecznie bronić. Moje hormony buzowały, jak to określiła śliczna pani doktor. Każda maszynka mi się rozpadała, ale mój opiekun nie miał zamiaru dawać mi forów. Miałem dosyć wszystkiego i wszystkich. A najbardziej nienawidziłem siebie, za to, że okazałem słabość. Tak nie powinno być!
- Rex, dobrze się czujesz? - Spytał Szósty.
- Skończmy na dziś. - Usiadłem na krześle. Byłem wykończony i wszystko mnie bolało.
- Coś się stało?
-
Tak... znaczy nie... może... - Nie chciałem mu powiedzieć prawdy. Zresztą, każdy głupi by się domyślił, że tu chodzi o dziewczynę. No, ale co wieczny kawaler może o tym wiedzieć? Szósty uniósł brew. - Nie patrz tak
na mnie. To moja sprawa! - Wkurzył mnie. Poszedłem do siebie. Była dwudziesta druga. Od razu się położyłem. Zasnąłem. Miałem sen. To było chyba najlepsze co mnie spotkało:
"Spałem u siebie. Nagle obudził mnie pocałunek. To była Circe, ubrana w zwiewną koszulę nocną. Potem tonęliśmy w rozkoszy."
Tak
chciałem by stał się rzeczywistością. Po dłuższym namyśle i sen okazał się być zły. Nawet swojej obecności już nie mogłem wytrzymać. Miałem wrażenie, że zaczynam wariować. Zachciało mi się płakać. Łzy zaczęły mi kapać na poduszkę. Jedna pod drugiej. "Czemu to ja zawsze jestem winny? Dlaczego zawsze ja muszę tak cierpieć???" Odpowiadała mi tylko cisza, przerywana raz po raz moim cichym łkaniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz