ROZDZIAŁ 7
~ Rex ~
Z
trudem zasnąłem o 5:00 nad ranem. Gdy się obudziłem i
zobaczyłem, że jest już 16:05 szybko wstałem. Ubrałem się i poszedłem do
laboratorium. Było puste. Nie przejąłem się tym, bo Holy ma mnóstwo
innych obowiązków niż praca tutaj, czymkolwiek ta praca jest.
Poszedłem do kuchni, bo byłem bardzo głodny. Tam również było pusto, co
dziwniejsze w całej bazie było jakoś tak cicho i spokojnie. Nie
przejąłem się tym za bardzo, bo spokój był mi teraz potrzebny. Musiałem
zebrać myśli. Wyjąłem z lodówki sok pomarańczowy i odkręciłem go. Nagle
poczułem, że budynek się porusza... Picie wylałem na koszulkę.
-
No nie. - Napiłem się i pobiegłem do siebie się przebrać z nadzieją, że
miałem dziwne halucynacje. Gdy ubrałem czystą koszulkę i bluzę, ruszyłem
korytarzem. Zaglądnąłem do wielu pokoi, ale nikogo w nich nie zastałem.
- Czy wszyscy wyjechali? Doktor Holiday! Szósty! Bobo! Holiday! -
Odpowiadała mi tylko cisza.
Nagle
wielka kula do rozwalania budynków zburzyła większość prawej ściany i
zamachnęła się by znowu uderzyć. Tak jest. Walnęła we mnie. Zdążyłem
wygenerować łupniołapy i się jej złapałem. Następnie odskoczyłem i
stworzywszy plecolot wzleciałem ku niebu. Wylądowałem na ulicy obok
bazy.
- Młodzieńcze, to jest teren rozbiórki. - Powiedział jakiś facet przez megafon. - Zmykaj stąd zanim wezwę twoich rodziców.
- Jak to "teren rozbiórki"? - Spytałem. Nie mogłem w to uwierzyć. - A co z Holiday, z Szóstym? Gdzie oni...
-
Nie mam pojęcia o czym mówisz, a teraz odejdź i pozwól nam pracować. -
Odkrzyknął. Odbiegłem. Wyjąłem telefon i próbowałem się z nimi połączyć.
Komunikator tak samo jak telefon nie działał. Wróciłem na budowę. -
Przepraszam. - Powiedziałem do jednego z mężczyzn siedzących na ławce.
Odpoczywali, bo chyba już dość długo pracowali.
- Miałeś nam nie przeszkadzać.
- Tak. Wiem, ale co wy tak właściwie robicie? To jest Providence.
- Tak, ale skoro Biały Rycerz zrezygnował i razem z resztą pracowników po prostu wyjechał to zbudujemy tutaj salon gier.
- Jak to... wyjechał? To niemożliwe. On nie wychodzi ze swojego biura. Dobrze go znam.
- Wyjechał, zniknął. Co za różnica? Nie ma tu ani jego, ani jego pracowników.
- Może ich tutaj nie ma, ale nie macie prawa burzyć tego budynku. Providence pomogło bardzo wielu ludziom.
- Ten budynek jest bezużyteczny.
- A co z Evo? Ich też zamierzacie się pozbyć?
- Jakimi Evo? - Zdziwił się mężczyzna. Wtedy jeden z pracowników podbiegł do niego.
- Szefie... szefie... Rozwaliliśmy wielkie metalowe drzwi i... potwory... nie damy sobie rady... - Sapał.
-
Te Evo. - Oznajmiłem, odpowiadając na wcześniej zadane pytanie. Banda
rozszalałych evoli wybiegła na ulicę. - Nic się nie bójcie. Rex tutaj
jest. - Rzekłem triumfalnie i wygenerowałem łupniołapy. Ruszyłem na
potwory, ale staranowały mnie zanim zdążyłem zadać jakikolwiek cios.
Pracownicy umknęli przed nimi.
- Tak. Jest. Ale niewiele nam pomógł. - Oznajmi jeden z mężczyzn z ironią.
- Ale pomoże. - dodał drugi, stając w mojej obronie. Schowałem sprzęt.
- Chyba żartujesz. To jest dziecko. Dzieciak was nie wyzwoli. - Wkurzyło mnie to.
-
Jeszcze zobaczymy. - Warknąłem. - Nic się nie bójcie ja sobie poradzę.
Zaraz będzie po wszystkim. - Uspokajałem ludzi, którzy słysząc hałas
inny niż do tej pory wyszli na ulice. - A z tobą jeszcze nie skończyłem.
- Dodałem wykazując na mężczyznę który ze mnie drwił. Wygenerowałem
rexocykl i pojechałem za potworami. - Nie dam rady wszystkich wyleczyć. -
Szukałem w głowie jakiegoś sposobu by je wszystkie złapać. Dojechałem
do sklepu ogrodniczego i mnie olśniło. Po drugiej stronie była budowa.
Podleciałem tam, chwyciłem połączone ze sobą słupy, urwałem te z samej
góry i obwiązałem nimi potwory. Nie mogły się ruszyć. Stanąłem na ziemi,
schowałem maszynkę i stanąłem przed facetem "zakładając ręce."
- I na co czekasz? - Spytał. Humor mi się pogorszył.
- Wystarczyło by zwykłe "przepraszam". - Przyznałem.
- Nie licz na to, smarku. - Odszedł.
- Nie przejmuj się nim.- Pocieszał mnie inny.
- Czemu jest na mnie taki cięty? Uratowałem mu tyłek.
-
Prawie sześć lat temu odebrano mu syna i teraz jest źle nastawiony do
wszystkiego co mu o nim przypomina. Syn zginął w eksplozji nanitów.
- Syn? - Poderwałem się. - Opowie mi pan o nim? Może go znam.
- Raczej go nie znasz.
- Ale posłuchać mogę. - Podał mi dłoń co mnie zaskoczyło.
- Jestem Robert. - Przedstawił się. Po chwili dodał: - Zaraz idę na obiad. Chodź ze mną. Na pewno zgłodniałeś.
- Rex. Dzięki. - Poszliśmy do niego do domu. Zasiadłem razem z Robertem przy stole. - Nie je pan posiłków z żoną i dziećmi?
- Nie ma ich w domu. Pojechali na weekend do mojej siostry.
- Aha. To opowie mi pan o tym chłopcu?
-
Więc... - Podał mi owsiankę. Zazwyczaj bym marudził, bo za nią nie
przepadam, ale bylem tak głodny, że teraz nawet szpinak by mnie
zadowolił. No dobra. Nie przesadzajmy...
- Więc? - Spytałem.
- Jego syn pomagał mu przy projekcie nanitów.
- Nanitów?
-
Tak. No i, kiedy doszło do wybuchu, Rafael postanowił się ukryć. Po
części był odpowiedzialny za wybuch. Rafael bał się reakcji ludzi,
dlatego zmienił nazwisko i przeniósł się do Manhattanu.
- A jak miał na imię jego syn?
- Tego Rafael nigdy nie chciał zdradzić. To dla niego bardzo bolesny temat.
- Rozumiem. A opisze mi go pan?
-
Hmm... z tego co pamiętam mówił, że był szatynem. Tyle o nim wiem, ale
Rafael mieszka dwa domy dalej. Możesz go zapytać. O ile zechce ci
odpowiedzieć.
- Czyli, on był jednym z naukowców?
- Tak.
-
Dziękuję za obiad. Muszę iść. Dzięki za wszystko! - Krzyknąłem i
wybiegłem. - Do widzenia! - Biegłem tak szybko jak umiałem. Poczułem
wewnętrzny niepokój i strach, przed tym co może mi powiedzieć owy
mężczyzna. Stanąłem przed drzwiami jego domu. Zadzwoniłem dzwonkiem. Po
chwili Rafael otworzył mi drzwi. - Dzień dobry. Ja wiem, że pan za mną
nie przepada, ale proszę mnie wysłuchać.
- Wejdź. - Westchnął i zamknął za mną drzwi. Usiedliśmy. - O co chodzi? Nie będę cię przepraszał. - Uprzedził.
- Wiem. Nie po to przyszedłem. Pański kolega opowiadał mi o panu.
- Jaki kolega? Ja się z nikim nie przyjaźnię. - "Ciekawe dlaczego?" zadałem sobie to sarkastyczne pytanie w myślach.
- Kolega czy nie kolega, nieważne. W każdym bądź razie mówił mi, że brał pan udział w projekcie nanitów.
- Co jeszcze ci powiedział?
- Że sześć lat temu zginął panu syn w wyniku eksplozji i że ma pan na imię Rafael, ale nazwisko pan zmienił.
- Owszem. A co ty tak właściwie chcesz wiedzieć?
- Może na początek się przedstawię. Jestem...
- Mam gdzieś kim ty jesteś. Gadaj czego chcesz bo nie mam czasu.
- Chcę żeby mi pan opowiedział o synu.
- Przy okazji. Żaden Robert tutaj nie pracuje. Ale na pytanie mogę odpowiedzieć. Tylko, że... nie teraz.
- Proszę.
-
No dobra. Był dziesięciolatkiem, gdy zginął w eksplozji nanitów. Miał
czarne włosy i ciemne brązowe oczy. Więcej ci nie powiem.
- A czy nie miał czasami na imię, Rex?
- Wyjdź.
- Ale...
-
Wyjdź. Natychmiast. - Podszedł do drzwi i mi je otworzył. Wyszedłem.
Próbowałem się dodzwonić do Caesara, ale bezskutecznie. Przyszedł
natomiast do mnie sms od nieznanego numeru.
"Jeśli chcesz się dowiedzieć prawdy, znajdziesz mnie w centrum Evo-świata."
Natychmiast poleciałem do Abysji. Wszedłem do zamku Van Kleissa. Obok mężczyzny stała Circe. Ucieszyłem się na jej widok.
- Circe... nic ci nie jest?
- Nie. Ale Van Kleiss przekonał mnie i teraz wiem co jest dla mnie dobre.
- Co?
- Twój brat mnie nie akceptuje, twoi przyjaciele też za bardzo mnie nie lubią. Moje miejsce jest tutaj. Z moją rodziną.
- Ze Sforą? Oni nie są twoją rodziną.
- Są. Tłumaczyłam ci. Przygarnęli mnie kiedy byłam samotna.
- A ja?
- Zostań ze mną. Będziemy zawsze razem. - Zachęcała mnie. Spojrzałem na Van Kleissa gniewnie.
- Zrobiłeś jej pranie mózgu! - Wykrzyczałem.
- Rex, mam dla ciebie ofertę. - Rzekł.
- Zaraz, to ty. Ty wysłałeś mi tego sms'a.
- A kto inny? Rex, jaki masz inny wybór?
- Co?
- Twoi przyjaciele zniknęli. Jesteś sam. - Ciągnął dalej.
- Skończ te psychogierki.
- To nie jest zabawa, Rex. Mogę ci pomóc. Możemy razem zmienić ten świat.
- Z tobą? Nigdy. Circe jak ty mogłaś do niego wrócić?
- Nie mam nikogo, a on się mną opiekował przez tyle czasu. Zrozum. - Wtrąciła.
- A ja to co? Martwiłem się o ciebie. Przez ten cały czas starałem się żebyś była bezpieczna. A ty?
- Rex...
-
Dość tego. - Rzekł Van Kleiss. - Postawmy sprawę jasno. Twoja wolność w
zamian za życie twoich przyjaciół. - Teraz zauważyłem, że na podłodze
leżą miecze Szóstego i karabiny Bobo.
- Co im zrobiłeś?
-
Jeszcze nic, ale zrobię, chyba że ty postąpisz jak prawdziwy bohater i
oddasz swoje życie za nich. - Wtedy z jednego z pomieszczeń wyłoniła się
Wyrwa. Poczułem jak serce mi pęka. Najpierw Circe mnie zostawiła, a
teraz Wyrwa znowu współpracuje z moim wrogiem. Otworzyła portal i
wyrzuciła z niego Holiday, Szóstego, Bobo, Noah, Caesara i Białego.
- Rex, po... - Zaczęła Holy, ale Wyrwa znowu zabrała ich do swojego kieszonkowego wymiaru. Podszedłem do niej.
- Wyrwo, myślałem że się przyjaźnimy.
- Ja też. Dopóki nie odkryłam kim jesteś. - Powiedziała. Poczułem się co najmniej dziwnie. Kim jestem? Nie zmieniłem się. Jestem tym samym chłopakiem, którym byłem zawsze.
- O co ci chodzi?
- Jesteś bratem Caesara. On mi to zrobił. To przez niego jestem dziwadłem!
- To nie moja wina. - To ją tylko wkurzyło. Van Kleiss powstrzymał ją od ataku na mnie.
- Więc Rex? Jak będzie? - Zapytał z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
- Z-zgoda... - Wycedziłem wreszcie. W grę wchodziło życie moich przyjaciół. Wyrwa wypuściła ich z portalu.
- Rex! - Holy chciała do mnie podbiec, ale Biowilk zagrodził jej drogę.
- I
nie próbuj sztuczek Rex. - Powiedział Van Kleiss w moim kierunku. -
Jeden mój wspólnik potrafi robić mini bomby, które wszczepia się pod
skórę. On ma pilot, więc jeden twój fałszywy ruch i... wiesz co się
stanie. Więc lepiej się pilnuj. Mamy umowę.
- Jaką umowę? - Spytała Holy.
- Rex, o co tutaj chodzi? - Spytał Szósty.
- Rex gra teraz w mojej drużynie. - Powiedział Van Kleiss.
- Co? Rex, powiedz że to nieprawda. - Prosił mnie Noah.
- Biowilku, bądź tak miły i odprowadź naszych gości do wyjścia. - Holy obejrzała się na mnie.
-
Przepraszam... - Szepnąłem i stanąłem po prawej stronie Van Kleissa.
Patrzyłem jak moi przyjaciele znikają mi z oczu. Odeszli. Circe rzuciła
mi się na szyję strasznie szczęśliwa, a Wyrwa zniknęła w swoim portalu.
-
Rex, tak się cieszę! - Odepchnąłem ją. Poszedłem do jednej z komnat, o
ile można to jeszcze nazwać komnatą. Usiadłem w rogu i zacząłem się
zastanawiać. Van Kleiss podszedł do mnie.
-
Mądry chłopiec. Dobrze wybrałeś. - Pogłaskał mnie po głowie, bo chyba
lubił patrzeć jak się wściekam. Zmierzwił mi włosy i odszedł. Kipiałem
ze złości.
Czy na pewno dobrze wybrałem? Czy to był właściwy ruch?
Sam już nie wiem. W dodatku ta historia z ojcem, totalnie mnie
przybiła. Miałem ochotę umrzeć. A miłość do Circe? Słabła z każdą
minutą. Musiałem jednak robić co mi każą. Czułem się przez to brudny.
Ale chodziło o życie moich przyjaciół. Nie mógłbym dłużej żyć wiedząc,
że jestem odpowiedzialny za ich śmierć. Skuliłem się w rogu i zasnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz