sobota, 9 lutego 2013

ROZDZIAŁ 4

~ Circe ~

 

   Usiadłam na łóżku nieco skrępowana i bardzo przerażona. Nie mogłam się ruszyć. Strach mnie sparaliżował... "Co mam mu powiedzieć?" spytałam siebie w myślach. Byłam spanikowana. Czułam, że to właśnie mnie się najbardziej oberwie.

   Caesar patrzył na mnie z lekko otwartymi ustami. Rex był w samych spodenkach i był do połowy przykryty ciemnoniebieską kołdrą. Spał na brzuchu, ale głowę miał zwróconą w lewo. A w mojej głowie... pustka. Wydobyłam z siebie tylko...

- Ja się z nim nie przespałam! - Krzyk ten był nieco stłumiony, bo czułam jak serce podchodziło mi do gardła. Miałam ochotę się rozpłakać. Chciałam stamtąd zniknąć. Na dobre.

- Doprawdy? - Spytał szatyn sarkastycznie. W jego głosie było coś takiego co wskazywało na to, że za mną nie przepada i nie daruje mi tego wybryku. - Wstawaj i to już! Wyjdź stąd! - Rozkazał mi. Wstając, spadłam z łóżka i pociągnęłam za sobą część pościeli. Rex obudził się.

- He? Co?... Co się dzieje?... - Spytał lekko przestraszony. A może był zdziwiony obecnością brata. - Caesar? - Naciągnął na siebie pościel i usiadł na łóżku.

- Rex, nie do wiary. - Mężczyzna pokręcił przecząco głową. Tak jak nieraz rodzice, gdy chcą powiedzieć swoim pociechom, że to co zrobiły jest bardzo złe. Że to nie oni ich tak wychowali. - Wiem, że ją kochasz, ale tego już za wiele. - Założył ręce.

- My nic nie robiliśmy. Ja się boję TEGO zrobić... - Przyznałam, bo uważałam, że powinnam się jakoś usprawiedliwić, albo raczej spróbować się wybronić. Rex się ubrał. Czułam, że tak samo jak ja chce jak najszybciej stąd wyjść.

- O, w takim razie to wszystko zmienia. - Rzekł Caesar z entuzjazmem, co mnie zaskoczyło.

- Serio? - Spytałam szeroko otwierając oczy.

- Nie. - Jego ton był bardzo surowy. -  Powinnaś się bać, bo jak powiem Białemu Rycerzowi co robisz, to wylecisz stąd szybciej niż weszłaś.

- Odczep się od niej! - Warknął Rex. - Circe, ubierz się. - Powiedział łagodniej. Zrobiłam to, ale nie dlatego, że mi kazał, tylko dlatego że zrobiło mi się zimno i nie podobała mi się ta sytuacja. Mianowicie to, że Caesar widzi mnie w bieliźnie. Rex złapał moją dłoń i pociągnął mnie na korytarz. Poprawiłam szelkę od sukienki.

- Przepraszam. - Wyszeptałam i spuściłam wzrok zaciskając oczy, by zatamować łzy. Czułam się winna.

- Za co? - Ruszyliśmy do kuchni. - Za to, że mój brat jest totalnym idiotą?

- Rex, on się o ciebie martwi. - Powiedziałam, bo tak to sobie tłumaczyłam. Chociaż myślałam tak samo jak Rex, to próbowałam się postawić w sytuacji Caesara. Na jego miejscu też bym się tak zachowała. Gdybym miała na przykład młodszą siostrę.

- Nieprawda. On chce mnie kontrolować. Tak samo jak wszyscy z Providence... no większość. Po czyjej ty jesteś stronie? - Zapytał. Przy ostatnim zdaniu miał nieco wyższy głos. Rozbawiło mnie to trochę, ale jego słowa sprawiły, że nie miałam najmniejszej ochoty się śmiać.

- Ja nie chciałam... - Zabolało mnie to, że nie ma do mnie zaufania.

- Wiem... Lo siento...

- Rex, ja nie umiem hiszpańskiego. Nie wiem co powiedziałeś. - Pocałował mnie krótko, ale czule. W same usta. - Chyba lubię "Lo siento." - Przyznałam patrząc mu w oczy. Nadal unosił lekko dłonią mój podbródek. Zaśmiał się i cofnął nieco, dając mi trochę przestrzeni.

- "Lo siento" znaczy "przepraszam." - Wyjaśnił. Zarumieniłam się. "Palnąć taką głupotę?!"

- A jak będzie po hiszpańsku "dziękuję"? - Spytałam.

- "Gracias."

- Gracijas. - Starałam się powtórzyć, lecz mówił to tak szybko i z takim... takim... dziwnym akcentem.

- Nie. Nie Gracijas, tylko "Gra-sias. Gracias."

- "Gracias." - Powtórzyłam. - A jak będzie "Kocham cię?"

- "Te amo."

- A... - Teraz już żartowałam, ale nie wiem czy to zauważył. Chciałam rozładować napięcie. - "Nadal jestem cnotką, choć cię kocham i chcę z tobą stracić dziewictwo?"

- "Todavía yo virgin, a pesar de te amo y yo queremos perder de la virginidad." - Powiedział płynnie, jakby zawsze mówił w tym języku. Zaskoczył mnie.

- Wow…

- Ty wow…? Ja wow… Serio chcesz… no wiesz?

- Trochę… Znaczy…. Muszę iść. – Wyszłam jak najszybciej się dało. "Ale się wygłupiłam". Czułam się jak idiotka. 

   Wieczorem szłam korytarzem, gdy usłyszałam śmiech. Dziewczęcy śmiech… potem… Rexa? Zaglądnęłam do pokoju… i jakby coś we mnie pękło. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Wczoraj mówił, że mnie kocha, a dzisiaj... kleił się do pierwszej lepszej niuni. "A może ona jest jego dziewczyną i najzwyczajniej w świecie mnie oszukał. Może byłam dla niego zabawką?" pomyślałam. Czułam jak trzęsą mi się, ręce. Po policzkach spłynęły mi dwie słone łzy. Miałam nadzieję, że to koszmarny sen.

- Jesteś cudowny. Cieszę się, że jestem twoją dziewczyną. - Powiedziała jakaś brunetka.

- Ja też się cieszę, Beverly… - Mruczał Rex pomiędzy pocałunkami. "On serio ma dziewczynę… Boże…" przestraszyłam się. Więc byłam mu potrzebna jedynie na jedną noc. Chciał się zabawić.

    Wybiegłam z bazy i poleciałam do Abysji. "Niech Van Kleiss ze mną skończy. Moje życie nie ma sensu bez Rexa." stwierdziłam. Długo leciałam, a on pewnie dalej całował się z Beverly… Chyba jest szczęśliwy. Dlaczego ja zawsze muszę trafić na takiego drania? Może po prostu moim przeznaczeniem jest być singielką. Tak chyba byłoby dla wszystkich najlepiej. Starałam się nie płakać, ale nie dawałam rady. Obraz przed oczami miałam zamglony, le nie przejmowałam się tym. Najwyżej się rozbiję. Wszystkim będzie lepiej beze mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz