niedziela, 10 lutego 2013

ROZDZIAŁ 17 „Światło prawdy”

Szedłem ulicami Manhattanu ciągnąc za sobą walizkę. Czułem od siebie wyraźny zapach alkoholu. Przed wyjściem nie pomyślałem żeby wziąć prysznic i się przebrać.

Ludzie patrzyli na mnie dziwnie i trochę współczująco jakby chcieli zapytać „Dokąd zmierzasz?” Ja sam nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Szukałem miejsca gdzie zapomnę o tym co było i zacznę całkiem nowe życie. Włóczyłem się tak przez resztę dnia.

Nim się obejrzałem był już wieczór. Wszedłem do jakiegoś tunelu. Biło od niego jasne światło. Ściany wewnątrz były szarawe. Widniały na nich rysunki i napisy namalowane sprejem przez nastolatków. Przechodziło tamtędy tylko kilkanaście osób. Czułem jak dokucza mi głód. Od dwóch dni nic nie jadłem. Nie miałem czasu. Poza tym ta niespodziewana śpiączka.

Spojrzałem w lewo i ujrzałem parę nastolatków. Przytulali się i całowali. Wtedy przypomniałem sobie o Circe. To mogliśmy być my, ale ty to zniszczyłaś… przeszło mi przez myśl. No nic. Muszę skombinować jakąś forsę. Podszedłem do kolesia z gitarą.

Miał nieco dłuższe ciemne brąz włosy. Ubrany był w niebieskie dżinsy i biało-szarą koszulkę. Jego oczy były zasłonięte czarnymi okularami przeciwsłonecznymi.

- Hej. – Powiedziałem.

- Coś mi mówi przyjacielu, że masz do mnie sprawę. – Odparł.

- Tak. Słuchaj… Szukałem jakiegoś miejsca do… – Przerwał mi.

- Każdy z nas szuka swojego miejsca na tym świecie. Ty także je znajdziesz. Wystarczy uwierzyć.

- Tak… Nawet spoko ta gadka o wierze w siebie i w ogóle, ale nie o to mi chodzi. Potrzebuję pomocy.

- Jesteś głodny i chcesz skombinować jakiś szmal, co?

- A skąd ty o tym wiesz? – Zdziwiłem się.

- Te odgłosy mówią same za siebie. – Wyjaśnił. Usłyszałem jak burczy mi w brzuchu. – Siadaj.

- To pomożesz mi? – Zrobiłem co kazał.

- Dobra. Pomóż mi napisać piosenkę to zarobimy trochę forsy. – Siedzieliśmy godzinę i myśleliśmy nad słowami. Mój nowy przyjaciel ułożył odpowiednią muzykę i melodię.

- Ok, to ja stanę tam dalej żeby ci nie przeszkadzać. – Oznajmiłem i wstałem. On także wstał.

- O nie, nie, nie. Ty śpiewasz.

- Ja? Ja nie mam głosu. – Energicznym ruchem podał mi kartkę. Wziął w dłoń gitarę i położył przed nami otwarty futerał.

- Gotowy?

- Ty zaśpiewaj. – Prosiłem.

- Ja gram. Ty śpiewasz. Trzy, czte-ry. – Zaczął grać, a ja chcąc nie chcąc musiałem zaśpiewać. Z początku robiłem to niepewnie. Cały czas śledziłem tekst. Czasami śpiewał ze mną mój „gitarzysta”. Głupio przyznać, ale gdy śpiewałem tę piosenkę… myślałem o Circe:

http://www.youtube.com/watch?v=ycq9aQ6pQUI

Ile myśli w koło błądzi tyle w głowie mam,
Wiem na pewno już nie bede znowu taki sam,
Wciąż pamiętam tamte chwile bliskość naszych ciał,
Tak wtuleni zakochani dla nas cały świat,
Jak uwierzyć sobie w końcu mam?
Ile przeżyć jeszcze czas?
Ref.
No powiedz jak uwierzyć w to co było w nas?
No powiedz jak mam przeżyć to co w sobie mam?
No powiedz jak uwierzyć w to co było w nas?
No powiedz jak mam przeżyć?
II.
Zrozumiałem że bez Ciebie pustka wokół trwa,
Życie moje każdy taniec nie jest taki sam,
Zatańcz ze mną tak jak kiedyś tylko Ty i ja,
Spraw bym znowu mógł uwierzyć że coś żyje w nas,
Jak uwierzyć sobie w końcu mam?
Ile przeżyć jeszcze czas?
Ref.
No powiedz jak uwierzyć w to co było w nas?
No powiedz jak mam przeżyć to co w sobie mam?
No powiedz jak uwierzyć w to co było w nas?
No powiedz jak mam przeżyć?

Kiedy skończyliśmy, kilka osób podeszło i wrzuciło do futerału po dziesięć dolarów. Reszta oklaskiwała nasz występ. Okazało się, że nie było się czego bać. A ja miałem takiego cykora. Chłopak wziął pieniądze i wręczył mi je do ręki.

- Nie. Musimy się podzielić. – Zaprzeczyłem.

- Tobie bardziej się przydadzą. – Uścisnął mi dłoń. – Powodzenia. – Nawet nie wiedziałem jak ma na imię. Uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłem to, wziąłem walizkę i wyszedłem z tunelu. Niestety, kiedy spojrzałem na ekran komórki, zauważyłem że jest po 23:00. Pewne było że wszystkie sklepy są już zamknięte.

- Super, Rex. Chcesz być samodzielny, a nie umiesz nawet załatwić czegoś do jedzenia. – Powiedziałem do siebie. Widać moja sytuacja była ciut za mało porąbana, bo gdy wyszedłem na ulicę deszcz zaczął lać jak z cebra. Rozpędzony samochód wjechał w kałużę i ochlapał mnie. Miałem tylko nadzieję, że pieniądze które miałem w kieszeni spodni, nie zamokły. Ja bylem cały mokry. Szukałem jakiegoś schronienia. Stanąłem pod drzewem, ale niewiele to dało. Po co ja właściwie stamtąd zwiałem? Jestem idiotą. Chciałem kopnąć kamyk leżący przede mną. W rezultacie poślizgnąłem się i wylądowałem w błocie. Nagle ujrzałem z parasolem w ręku, mojego starego znajomego z budowy. Wstałem z ziemi.

- Dzień dobry. – Usiłowałem się trochę doczyścić. Wykręciłem dolną część bluzy.

- Raczej „dobry wieczór”. – Poprawił mnie. – Co tutaj robisz o tej porze?

- Naprawdę pana to interesuje? – Stanął bliżej mnie żeby jego parasol i mnie schronił przed deszczem.

- Tak. Naprawdę.

– Cóż… – Westchnąłem. – To długa i smutna historia.

-  W takim razie może wejdziesz do środka? – Zasugerował.

- Mogę?

- Oczywiście. – Ruszyliśmy do drzwi. Rafael otworzył je i weszliśmy do domu. – Walizkę postaw pod ścianą. Rany… wyglądasz koszmarnie. – Stwierdził. Po chwili włączył światło. – Wow… a w świetle jest jeszcze gorzej.

- Dzięki. – Prychnąłem i chyba „wypsnął mi się” grymas na twarzy.

- Łazienka jest na górze. Drugie drzwi po lewej. – Wziąłem walizkę i poszedłem we wskazane miejsce.

Ciepła woda spływająca po moim ciele dawała mi ukojenie. Westchnąłem z ulgą. „Siedziałem” pod prysznicem jakieś dwadzieścia minut. Potem ubrałem się i z mokrymi jeszcze włosami zeszedłem na dół.

- Jestem w kuchni! – Poszedłem tam skąd dobiegał głos. – Usiądź sobie. – Zająłem miejsce przy stole. – To co chcesz na kolację?

- Nic. Naprawdę nie trzeba. – Zaburczało mi w brzuchu. Speszyłem się.

- No jasne. Może być stek? – Uśmiechnąłem się. Po chwili jadłem z apetytem. – Smakuje? – Pokiwałem głową nie przerywając  pochłaniania zawartości talerza. – To się cieszę. – Gdy skończyłem, Rafael dał mi dwie szklanki mleka. Bardzo chciało mi się pić. Usiedliśmy na kanapie w salonie. Mężczyzna włączył telewizor i spojrzał na mnie.

- Prawie zapomniałem cię spytać, jak masz na imię.

- Rex. – Wzdrygnął się. – Wszystko ok?

- Tak, tak…

- Nie oszuka mnie pan. O co chodzi?

- Ech… nie zrozumiesz. Nie wiesz jak to jest żyć ze świadomością, że ocalałeś jako jedyny z rodziny. Że zostałeś całkiem sam.

- Właściwie… to chyba wiem.

- Co?

- Nie mam rodziny. Do tej pory mieszkałem w Providence, ale gdy usłyszałem co planują ze mną zrobić… prysnąłem stamtąd.

- Ja straciłem rodzinę sześć lat temu.

- W wyniku eksplozji nanitów? – Chyba powinienem ugryźć się w język.

- A skąd to wiesz?

- Zgadywałem. Moi rodzice też tak zginęli. A dlaczego nie chce pan rozmawiać o synu?

- Ty nie odpuścisz, prawda? – Pokiwałem przecząco głową.

- No, proszę. Może poczuje się pan lepiej kiedy opowie mi co się wydarzyło.

- Ech… no cóż. Zacznijmy od tego, że garstka naukowców pracowała nad projektem, a konkretniej nad projektem nanitów.

- Wiem. Moi rodzice próbowali zapobiec eksplozji.

- Ja także. Ale… stchórzyłem. Przed wybuchem ukryłem się w piwnicy. Moja rodzina nie zdążyła. Zginęli…

- Przykro mi.

- Myślałem, że to niemożliwe żeby Violetty przy mnie zabrakło… widać myliłem się.

- Moja mama miała tak na imię. – Wtrąciłem.

- Moi synowie byli tacy młodzi… – Westchnął.

- Znaczy? Ile mieli lat?

- Dwadzieścia i dziesięć. Chcesz coś jeszcze wiedzieć?

- Tak. – Ta sprawa wydawała mi się dziwnie podejrzana. – Jak naprawdę ma pan na nazwisko?

- Johnson. A wcześniej… Salazar. – Otworzyłem szeroko oczy. – Coś nie tak?

- Nic tylko… ja jestem Rex…

- To wiem.

- Rex Salazar. – Teraz on się zdziwił.

- Nie pogrywaj ze mną.

- Naprawdę. Pana drugi syn miał na imię Caesar, prawda?

- A skąd ty…

- Bo to mój brat. – Oznajmiłem.

- Nie. To niemożliwe, bo oni zginęli.

- My żyjemy.

- Udowodnij, że to ty.

- Jak? – Spytałem.

- Powiedz, gdzie pojechaliśmy na wasze pierwsze wakacje.

- Żartujesz sobie? Ja mam totalną amnezję. Miałem ją już nie raz. Nic z tego nie pamiętam.

- Rex… Nie mogę uwierzyć, że żyjesz… – Przytulił mnie. Z oczu popłynęły mi łzy.

- Tato…

- Czy… czy Caesar… wiesz gdzie on jest? – Spytał.

- Tak. – Uśmiechnąłem się i otarłem łzy. – Przepraszam.

- Spokojnie. To normalne, że płaczesz w takiej chwili.

- Naprawdę wcześniej mnie nie poznałeś?

- Niby jak miałem cię poznać? Skąd miałem wiedzieć, że żyjecie? Zmieniłeś się. Wstań. Pokaż mi się. – Usłuchałem. – Ale wyrosłeś.

- To… chcesz zobaczyć Caesara?

- Innym razem. Jest już późno. Idź spać.

- Co?

- Teraz będziesz mieszkać ze mną. Caesar także.

- On raczej zostanie w Providence. Tam ma swoje laboratorium.

- No trudno. Chociaż ciebie chcę mieć przy sobie. – Przytulił mnie. – Dobranoc, Rex…

- Dobranoc, papi. – Zaśmiał się słysząc to.

- Jesteś taki jakiego cię pamiętam. No, zmykaj na górę. – Pobiegłem do pokoju.

Ściany w pomieszczeniu były białe. Przy oknie stało łóżko z niebieską kołdrą i białą poduszką. Przy ścianie kilka szafek i duża szafa. Na środku leżał czarny, włochaty dywan. W rogu pokoju stało biurko, a na nim laptop. Obok łóżka stał mały, ciemnobrązowy stolik nocny, a na nim lampka. Dziwne, ale czułem się, jakbym znalazł drugi dom. Przebrałem się w piżamę. Zgasiłem światło i zasłoniłem okno, kremowymi zasłonami. Wskoczyłem do łóżka. Nadal nie mogłem uwierzyć, że mój ojciec żyje. Długo rozmyślałem nad jutrzejszym dniem. W końcu zasnąłem. Oby to nie był tylko sen…

*papi – tatuś

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz