sobota, 9 lutego 2013

ROZDZIAŁ 13 "Twój wróg - Twój przyjciel?!"

To było potworne. Rex był jak martwy. Wprawdzie było widać, że oddycha, ale nie ruszał się. Trochę się bałam, że... że go straciłam. Być może na zawsze. Chodziłam krok w krok za Holiday. Chyba zaczynało ją to pomału irytować.

Gdy Holy zrobiła sobie przerwę na kawę, wróciłam do skrzydła szpitalnego i usiadłam przy Rexie. Złapałam jego dłoń. Dlaczego czułam się winna? Przecież nic nie zrobiłam. Dręczyło mnie to uczucie. Do pomieszczenia wszedł Szósty. Westchnęłam.

- Czy pamiętasz jak to się stało? - Spytał i stanął obok mnie.

- Pamiętam. Ta dziewczyna... coś powiedziała. Coś jakby... - Zastanowiłam się przez chwilę. - "Ignorujesz me wyroki, a więc zaśniesz snem głębokim. Aż całusem cię wybudzi, miłość szczera i bez złudzeń."

- I naprawdę nie wpadłaś jeszcze na pomysł jak mu pomóc? - Do sali weszła Holiday ze swoją siostrą i Caesarem.

- Mam go pocałować, tutaj przy was?

- Przestań. Tu chodzi o jego życie. - Przypomniała mi Beverly. Wstałam z krzesła i pochyliłam się nad Rexem. Musnęłam lekko jego wargi. Spojrzałam jeszcze raz na Beverly, która skinęła głową. Pocałowałam Rexa namiętnie, jednakże nic się nie działo.

- Rex, błagam... Proszę... - Nie ruszał się, a po moich policzkach spłynęły łzy. Odeszłam od łóżka. Wybiegłam stamtąd. Stanęłam na pustym parkingu i zaczęłam krzyczeć do nieba. - Co mam zrobić?! Tori! - Wołałam siostrę. Nagle ujrzałam jak wylądowała obok.

http://inspector97.deviantart.com/gallery/28394817#/d38at37

- No i czemu się tak drzesz? - Rzuciła na wejście.

- Błagam cię. - Złożyłam dłonie. - Błagam, daj mu żyć.

- Co?

- To co zrobiłaś Rexowi. Cofnij to. Proszę. Ja go kocham.

- Nie mogę cofnąć tego zaklęcia. To nieodwracalne. Chociaż... jest sposób.

- Jaki? Mogę coś zrobić? - Spytałam z nadzieją.

- Naprawdę się nie zorientowałaś? "... całusem cię wybudzi, miłość szczera..." - Zacytowała.

- Ale ja już go całowałam. To nic nie dało.

- Przepraszam cię. Nie wiedziałam, że jest dla ciebie aż tak ważny. - Dotknęła mojego ramienia.

- Co mam zrobić?

- Nie wiem. Miłość musi być szczera.

- Ale moja miłość jest szczera. Najprawdziwsza. - Zaprzeczałam.

- Jeśli zaklęcie nie przestało działać, to znaczy, że tak naprawdę go nie kochasz.

- Kocham. - Przystawałam przy swoim.

- To znaczy, że darzysz takim uczuciem kogoś jeszcze.

- Caesara... - Szepnęłam.

- Caesara? Ale to przecież jego... - Westchnęła. - Przepraszam cię. Mogłam inaczej dobrać słowa, gdy wypowiadałam zaklęcie.

- Co mam zrobić?

- A co według ciebie powinnaś teraz zrobić?

- Nie wiem! - Wybuchnęłam. - To ty jesteś starsza! Powinnaś mi pomóc! Ty powinnaś mi doradzić!

- Spokojnie. Spokojnie. - Złapała moje ramiona. - Pomogę ci. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. - Przytuliła mnie. Czułam jak powoli się uspokajam. - Muszę zobaczyć na jakim jest etapie. - Puściłam ją.

- Co? On nie jest na...

- Nie twój chłopak. Zaklęcie. - Spojrzała mi w oczy. Po chwili dodała: - Ale nie wiem czy mnie wpuszczą.

- Żeby ratować Rexa? Oni nie mają tu nic do gadania. - Pobiegłyśmy do Providence. Chwilę kłóciłyśmy się z kadetami, którzy nie chcieli nas wpuścić. Byli nieugięci.

- Nie ma mowy. Nie wpuścimy wroga na nasz teren.

- Ale ona nie jest wrogiem. Chce nam pomóc. - Tłumaczyłam.

- Koniec rozmowy. Nie wejdziecie. - Słysząc to spojrzałam na siostrę porozumiewawczo. Jej ręce zaczęły świecić na niebiesko. Agenci spojrzeli na siebie nawzajem.

- Nie pozostawiacie mi wyboru. - Powiedziała. - "Wasze serca to kamienie, a więc w kamień was zamienię." - Nagle zamienili się w posągi.

- Wow... - Skomentowałam. - Kiedy się tego nauczyłaś?

- Kwestia intelektu, nie mięśni. - Mrugnęła do mnie. - Ruszajmy. - Rozkazała. Pobiegłyśmy do Rexa.

- Co ona tutaj robi? - Zbulwersował się Caesar. Tori uśmiechnęła się do niego chytrze.

- Spokojnie. Przyszła pomóc. - Usprawiedliwiłam ją. Holy i Szósty spojrzeli na siebie, a potem na moją siostrę. Tori podeszła do łóżka Rexa. Złapała go za rękę. Caesar poderwał się i chciał ruszyć w jej kierunku, ale Szósty go zatrzymał. Widać było, że mężczyzna bardzo się martwi o brata.

- No cóż. Zaklęcie jest na drugim etapie. Do północy, zakończy się etap trzeci, a wtedy...

- Co wtedy? - Spytała zmartwiona Holy.

- Wtedy on... umrze. - Wyjaśniła. Łzy napłynęły mi do oczu.

- Jakie zaklęcie? O co w tym wszystkim chodzi? - Spytał Caesar już nieco łagodniejszym tonem.

- Ech... Tori, pokaż mu. - Nie chciało mi się tego wszystkiego tłumaczyć. Jej dłonie zaświeciły się, a Holiday z wrażenia... a może ze strachu, wylała kawę na swój kitel i stłukła filiżankę. Zaczęła rękawem ścierać płyn z fartucha.

- "Cofnij czas i cofnij zmiany, niech znów stoi kubek kawy." - Plama z kitla Holiday zniknęła, a filiżanka złożyła się w całość. Jej elementy przez chwilę były podświetlone na niebiesko. Nagle na stoliku znowu stał kubek z niedopitą kawą.

- Kim ty jesteś? - Spytał Caesar. Tori podeszła do niego.

- Chcesz to wiedzieć? - Spytała. Skinął głową. Podeszłam kawałek, aby lepiej słyszeć to co zamierza mu powiedzieć. Sama byłam ciekawa, kim jest. - Pomyśl o bliznach... - Szepnęła mu do ucha. Caesar wzdrygnął się. Wiedział już, że ją zna. A ja? Nie dowiedziałam się niczego nowego. Będę musiała z nią pogadać, kiedy będzie już po wszystkim.

- Możesz mu pomóc? - Spytał Szósty swoim jak zwykle spokojnym tonem. Tori podeszła do łóżka Rexa. Uniosła nad nim dłonie.

- "Śpisz snem twardym, nieodpartym lecz czas zmienić losu karty. " - Nic się nie stało. Jej dłonie przestały świecić. Odsunęła się. - Przepraszam... - Szepnęła w moim kierunku.

- Tori, proszę. Na pewno jest sposób. - Błagałam.

- Wybudzić go może jedynie osoba, która go bezgranicznie kocha. - Spojrzałam na Holiday.

- Spróbuj. - Poprosiłam.

- Rex jest dla mnie jak syn. - Powiedziała Holy. - Zrobię wszystko.

- Nie ma się co fatygować. - Wtrąciła Tori.

- Dlaczego? - Spytała doktor zdumiona jej słowami.

- Są różne typy miłości. Braterska, matczyna, ojcowska... - Zaczęła tłumaczyć Tori.

- Będziesz nam tu teraz robić wykład? - Podirytował się Caesar.

- To musi być miłość od pierwszego wejrzenia. - Wyjaśniła smutno.

- A co z Circe? - Spytał mężczyzna.

- Ona... - Zaczęła.

- Nie mogę mu pomóc. - Wyjaśniłam. Podeszłam do Caesara.

- Dlaczego? Przecież... - Wyglądało na to, że nic z tego nie rozumie.

- Ta miłość nie może być rozdarta. To musi być uczucie, którym darzy się jedną osobę.

- Co? O co ci chodzi?

- Kocham cię. Dlatego nic tutaj nie wskóram. - Powiedziałam. - Już ci mówiłam. Kocham was obu. Nic tego nie zmieni.

- Ale... ja ci nie kazałem, słyszysz?! - Wybuchnął. - Ma być jak dawniej! Ja nic do ciebie nie czuję! Zostaw mnie już w spokoju! - Patrzył mi prosto w oczy, ale ja wiedziałam, że kłamie.

- Nie mogę...

- Masz się pozbyć tego uczucia!

- Nie potrafię... Zawsze będę cię kochała. Zrozum, że ja...

- Dosyć. - Rozkazał. - Ale jeśli Rex umrze, to będzie twoja wina. - Powiedział wychodząc. Nie kontrolował tego gniewu.

- Circe, musisz znaleźć kogoś, kto kocha go tak jak ty go kochałaś. Bezgranicznie i tylko jego.

- Znam kogoś takiego. Będę jak najszybciej się da. - Wybiegłam. Wsiadłam do dżeta. Pojechałam po Świerszcz. Natychmiast wyruszyłyśmy. Wydawała się bardziej przerażona i przejęta tą sytuacją niż ja. Około 22:59 wbiegłyśmy do sali.

- Gdzie ty byłaś? - Spytała Holiday.

- Spokojnie.

- Jak spokojnie?! Zostało pół minuty!

- Została godzina. - Poprawiłam ją. Pokazała mi zegarek. Naprawdę, brakowało już tylko 15 sekund. - Szybko! - Zdążyłam wykrzyczeć. Moja przyjaciółka podbiegła do łóżka Rexa i zatopiła swoje wargi w jego. Po chwili zauważyłam, że otworzył oczy. Usiadł na łóżku. Świerszcz przytuliła go. Odwzajemnił to i uśmiechnął się do niej. Tori zniknęła. Posłałam Rexowi czułe spojrzenie, lecz on od razu spoważniał. Co mu jest? Czyżby był na mnie zły? Co zrobiłam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz