To było potworne. Rex był jak martwy. Wprawdzie było widać,
że oddycha, ale nie ruszał się. Trochę się bałam, że... że go
straciłam. Być może na zawsze. Chodziłam krok w krok za Holiday. Chyba
zaczynało ją to pomału irytować.
Gdy Holy zrobiła sobie przerwę na kawę, wróciłam do skrzydła
szpitalnego i usiadłam przy Rexie. Złapałam jego dłoń. Dlaczego czułam
się winna? Przecież nic nie zrobiłam. Dręczyło mnie to uczucie. Do
pomieszczenia wszedł Szósty. Westchnęłam.
- Czy pamiętasz jak to się stało? - Spytał i stanął obok mnie.
- Pamiętam. Ta dziewczyna... coś powiedziała. Coś jakby... - Zastanowiłam się przez chwilę. - "Ignorujesz me wyroki, a więc zaśniesz snem głębokim. Aż całusem cię wybudzi, miłość szczera i bez złudzeń."
- I naprawdę nie wpadłaś jeszcze na pomysł jak mu pomóc? - Do sali weszła Holiday ze swoją siostrą i Caesarem.
- Mam go pocałować, tutaj przy was?
- Przestań. Tu chodzi o jego życie. - Przypomniała mi
Beverly. Wstałam z krzesła i pochyliłam się nad Rexem. Musnęłam lekko
jego wargi. Spojrzałam jeszcze raz na Beverly, która skinęła głową.
Pocałowałam Rexa namiętnie, jednakże nic się nie działo.
- Rex, błagam... Proszę... - Nie ruszał się, a po moich
policzkach spłynęły łzy. Odeszłam od łóżka. Wybiegłam stamtąd. Stanęłam
na pustym parkingu i zaczęłam krzyczeć do nieba. - Co mam zrobić?!
Tori! - Wołałam siostrę. Nagle ujrzałam jak wylądowała obok.
http://inspector97.deviantart.com/gallery/28394817#/d38at37
- No i czemu się tak drzesz? - Rzuciła na wejście.
- Błagam cię. - Złożyłam dłonie. - Błagam, daj mu żyć.
- Co?
- To co zrobiłaś Rexowi. Cofnij to. Proszę. Ja go kocham.
- Nie mogę cofnąć tego zaklęcia. To nieodwracalne. Chociaż... jest sposób.
- Jaki? Mogę coś zrobić? - Spytałam z nadzieją.
- Naprawdę się nie zorientowałaś? "... całusem cię wybudzi, miłość szczera..." - Zacytowała.
- Ale ja już go całowałam. To nic nie dało.
- Przepraszam cię. Nie wiedziałam, że jest dla ciebie aż tak ważny. - Dotknęła mojego ramienia.
- Co mam zrobić?
- Nie wiem. Miłość musi być szczera.
- Ale moja miłość jest szczera. Najprawdziwsza. - Zaprzeczałam.
- Jeśli zaklęcie nie przestało działać, to znaczy, że tak naprawdę go nie kochasz.
- Kocham. - Przystawałam przy swoim.
- To znaczy, że darzysz takim uczuciem kogoś jeszcze.
- Caesara... - Szepnęłam.
- Caesara? Ale to przecież jego... - Westchnęła. - Przepraszam cię. Mogłam inaczej dobrać słowa, gdy wypowiadałam zaklęcie.
- Co mam zrobić?
- A co według ciebie powinnaś teraz zrobić?
- Nie wiem! - Wybuchnęłam. - To ty jesteś starsza! Powinnaś mi pomóc! Ty powinnaś mi doradzić!
- Spokojnie. Spokojnie. - Złapała moje ramiona. - Pomogę
ci. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. - Przytuliła mnie. Czułam jak
powoli się uspokajam. - Muszę zobaczyć na jakim jest etapie. - Puściłam
ją.
- Co? On nie jest na...
- Nie twój chłopak. Zaklęcie. - Spojrzała mi w oczy. Po chwili dodała: - Ale nie wiem czy mnie wpuszczą.
- Żeby ratować Rexa? Oni nie mają tu nic do gadania. -
Pobiegłyśmy do Providence. Chwilę kłóciłyśmy się z kadetami, którzy nie
chcieli nas wpuścić. Byli nieugięci.
- Nie ma mowy. Nie wpuścimy wroga na nasz teren.
- Ale ona nie jest wrogiem. Chce nam pomóc. - Tłumaczyłam.
- Koniec rozmowy. Nie wejdziecie. - Słysząc to spojrzałam
na siostrę porozumiewawczo. Jej ręce zaczęły świecić na niebiesko.
Agenci spojrzeli na siebie nawzajem.
- Nie pozostawiacie mi wyboru. - Powiedziała. - "Wasze serca to kamienie, a więc w kamień was zamienię." - Nagle zamienili się w posągi.
- Wow... - Skomentowałam. - Kiedy się tego nauczyłaś?
- Kwestia intelektu, nie mięśni. - Mrugnęła do mnie. - Ruszajmy. - Rozkazała. Pobiegłyśmy do Rexa.
- Co ona tutaj robi? - Zbulwersował się Caesar. Tori uśmiechnęła się do niego chytrze.
- Spokojnie. Przyszła pomóc. - Usprawiedliwiłam ją. Holy i
Szósty spojrzeli na siebie, a potem na moją siostrę. Tori podeszła do
łóżka Rexa. Złapała go za rękę. Caesar poderwał się i chciał ruszyć w
jej kierunku, ale Szósty go zatrzymał. Widać było, że mężczyzna bardzo
się martwi o brata.
- No cóż. Zaklęcie jest na drugim etapie. Do północy, zakończy się etap trzeci, a wtedy...
- Co wtedy? - Spytała zmartwiona Holy.
- Wtedy on... umrze. - Wyjaśniła. Łzy napłynęły mi do oczu.
- Jakie zaklęcie? O co w tym wszystkim chodzi? - Spytał Caesar już nieco łagodniejszym tonem.
- Ech... Tori, pokaż mu. - Nie chciało mi się tego
wszystkiego tłumaczyć. Jej dłonie zaświeciły się, a Holiday z
wrażenia... a może ze strachu, wylała kawę na swój kitel i stłukła
filiżankę. Zaczęła rękawem ścierać płyn z fartucha.
- "Cofnij czas i cofnij zmiany, niech znów stoi kubek kawy."
- Plama z kitla Holiday zniknęła, a filiżanka złożyła się w całość.
Jej elementy przez chwilę były podświetlone na niebiesko. Nagle na
stoliku znowu stał kubek z niedopitą kawą.
- Kim ty jesteś? - Spytał Caesar. Tori podeszła do niego.
- Chcesz to wiedzieć? - Spytała. Skinął głową. Podeszłam
kawałek, aby lepiej słyszeć to co zamierza mu powiedzieć. Sama byłam
ciekawa, kim jest. - Pomyśl o bliznach... - Szepnęła mu do ucha. Caesar
wzdrygnął się. Wiedział już, że ją zna. A ja? Nie dowiedziałam się niczego nowego. Będę musiała z nią pogadać, kiedy będzie już po wszystkim.
- Możesz mu pomóc? - Spytał Szósty swoim jak zwykle spokojnym tonem. Tori podeszła do łóżka Rexa. Uniosła nad nim dłonie.
- "Śpisz snem twardym, nieodpartym lecz czas zmienić losu karty. " - Nic się nie stało. Jej dłonie przestały świecić. Odsunęła się. - Przepraszam... - Szepnęła w moim kierunku.
- Tori, proszę. Na pewno jest sposób. - Błagałam.
- Wybudzić go może jedynie osoba, która go bezgranicznie kocha. - Spojrzałam na Holiday.
- Spróbuj. - Poprosiłam.
- Rex jest dla mnie jak syn. - Powiedziała Holy. - Zrobię wszystko.
- Nie ma się co fatygować. - Wtrąciła Tori.
- Dlaczego? - Spytała doktor zdumiona jej słowami.
- Są różne typy miłości. Braterska, matczyna, ojcowska... - Zaczęła tłumaczyć Tori.
- Będziesz nam tu teraz robić wykład? - Podirytował się Caesar.
- To musi być miłość od pierwszego wejrzenia. - Wyjaśniła smutno.
- A co z Circe? - Spytał mężczyzna.
- Ona... - Zaczęła.
- Nie mogę mu pomóc. - Wyjaśniłam. Podeszłam do Caesara.
- Dlaczego? Przecież... - Wyglądało na to, że nic z tego nie rozumie.
- Ta miłość nie może być rozdarta. To musi być uczucie, którym darzy się jedną osobę.
- Co? O co ci chodzi?
- Kocham cię. Dlatego nic tutaj nie wskóram. - Powiedziałam. - Już ci mówiłam. Kocham was obu. Nic tego nie zmieni.
- Ale... ja ci nie kazałem, słyszysz?! - Wybuchnął. - Ma
być jak dawniej! Ja nic do ciebie nie czuję! Zostaw mnie już w spokoju!
- Patrzył mi prosto w oczy, ale ja wiedziałam, że kłamie.
- Nie mogę...
- Masz się pozbyć tego uczucia!
- Nie potrafię... Zawsze będę cię kochała. Zrozum, że ja...
- Dosyć. - Rozkazał. - Ale jeśli Rex umrze, to będzie twoja wina. - Powiedział wychodząc. Nie kontrolował tego gniewu.
- Circe, musisz znaleźć kogoś, kto kocha go tak jak ty go kochałaś. Bezgranicznie i tylko jego.
- Znam kogoś takiego. Będę jak najszybciej się da. -
Wybiegłam. Wsiadłam do dżeta. Pojechałam po Świerszcz. Natychmiast
wyruszyłyśmy. Wydawała się bardziej przerażona i przejęta tą sytuacją
niż ja. Około 22:59 wbiegłyśmy do sali.
- Gdzie ty byłaś? - Spytała Holiday.
- Spokojnie.
- Jak spokojnie?! Zostało pół minuty!
- Została godzina. - Poprawiłam ją. Pokazała mi zegarek.
Naprawdę, brakowało już tylko 15 sekund. - Szybko! - Zdążyłam
wykrzyczeć. Moja przyjaciółka podbiegła do łóżka Rexa i zatopiła swoje
wargi w jego. Po chwili zauważyłam, że otworzył oczy. Usiadł na łóżku.
Świerszcz przytuliła go. Odwzajemnił to i uśmiechnął się do niej. Tori
zniknęła. Posłałam Rexowi czułe spojrzenie, lecz on od razu spoważniał.
Co mu jest? Czyżby był na mnie zły? Co zrobiłam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz