Nawet
nie zauważyłem kiedy ogarnął mnie błogi sen. Gdy się obudziłem,
leżałem na łóżku. Ale to nie był mój pokój. Sądząc po kolorystyce
należał do dziewczyny. Z sąsiedniego pokoju było słychać włączony
telewizor.
Nie
wiedząc czego mogę się spodziewać, wstałem cichutko. Ubrałem się.
Ostrożnie zeszedłem na dół. Osłupiałem. Na kanapie siedziała Circe i
oglądała jakiś serial. Podszedłem do niej.
- Co ja tutaj robię? - Zapytałem. Spojrzała na mnie. Wyłączyła telewizor i pociągnęła mnie do kuchni.
- Na co masz ochotę? - Spytała jak gdyby nigdy nic i otworzyła lodówkę.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. - Zauważyłem.
- Ech... Wyrwa przeniosła cię do mnie. Myślałeś, że będziesz spał na bruku?
- Czekaj... - Dotarło do mnie, że przecież obudziłem się w samej bieliźnie.
-
Wybacz, że cię rozebrałam, ale spałeś jak zabity. Nie było sensu cię
budzić. A tutaj jest dosyć ciepło. - Wyjęła z lodówki kawałek ciasta.
Usiadłem i zacząłem jeść. - Smakuje ci?
- Tak, jest ok.
-
To się cieszę. Sama piekłam. - Nic się nie odezwałem. - I widzisz?
Przy Van Kleissie nie jest tak źle. - Zmierzyłem ją wzrokiem.
- Tak? Już nigdy nie zobaczę moich przyjaciół, ani brata... nikogo z nich. - Odstawiłem talerz.
- To nieprawda. Możesz się z nimi widywać. Przecież Van Kleiss nie powiedział, że już nie będziemy atakować Providence.
- Duże pocieszenie. - Mruknąłem.
- Rex, porozmawiajmy jak kiedyś. Nie bądź na mnie zły.
- Mam udawać, że wszystko jest ok, tak?
- Rex, zapewniam cię że nie zrobimy krzywdy nikomu z twoich bliskich. Porozmawiajmy.
- Dobra. No to dawaj.
- Nie lubię naszych kłótni.
- Aha. - Powiedziałem obojętnie. - A ja nie lubię być sam. I widzisz? Oboje mamy problem.
- Nie jesteś sam. - Zaprotestowała. Wstałem.
- To dlaczego tak się czuję?
- Ja jestem przy tobie. - Rzeczywiście, była tu, ale tak jakby jej tutaj nie było.
-
Nie. Nie ma tutaj ciebie. Jest ta dawna Circe, która wykonuje każde
polecenie Van Kleissa. Założę się, że jeśli rozkazałby ci mnie zabić,
zrobiłabyś to bez chwili zawahania. - Chyba trochę przegiąłem, ale było
to dla mnie bez znaczenia. Chciałem... sam się sobie dziwię... chciałem
żeby cierpiała. Tak bardzo jak ja cierpiałem kiedyś z jej powodu.
- Rex, jak możesz? Ja cię kocham.
-
Tak bardzo mnie kochasz, że zmuszasz mnie do czegoś czego nie chcę i
nigdy nie chciałem robić. Tak bardzo ci na mnie zależy, że wróciłaś i
znowu sprzymierzyłaś się z moim największym wrogiem. Jeśli to jest
miłość to ja już nic nie rozumiem. - Robiłem jej wyrzuty. Ubrałem bluzę i
podszedłem do drzwi.
- Rex, dokąd ty idziesz?
- Muszę się przewietrzyć. - Oznajmiłem.
- Nie możesz. - Zamknęła drzwi na zamek. - Van Kleiss zabronił mi cię stąd wypuszczać.
- I?
- Jeśli to zrobisz, zabije twoich przyjaciół. Chcesz tego? Naprawdę?
- Ych! - Zamachnąłem się i zwaliłem wszystko ze stołu. - Wiesz co?
- Tak?
-
Nienawidzę cię! Słyszysz?! Nienawidzę! - W jej oczach pojawiły się
łzy, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia, przynajmniej w tym momencie.
- Rex... jak mogłeś?
- Co? Rozpłaczesz się? Proszę bardzo. Zasłużyłaś sobie. A to co było między nami... tego nie ma.
- Rex...
- Nie ma! I nie będzie! Już nigdy! Słyszysz?!
- Ja nie chciałam... ja...
- Daj spokój. To nie ma sensu.
- Nie zostawię cię w takiej sytuacji. - Chwyciła moją dłoń. Wyrwałem się.
- Ty naprawdę jesteś głupia jeśli myślisz, że ci wybaczę.
- Rex, nie działaj pochopnie. Kochasz mnie i ja to wiem. Nie rób czegoś czego potem będziesz żałował. - Ostrzegała.
- Niczego nie będę żałował.
- Rex, ja cię nigdy nie opuszczę. Przechodzisz trudny okres, ale bez względu na wszystko ja zawsze będę przy tobie.
- Przestań. - Czułem jak tracę nad sobą kontrolę. Ile jeszcze kłamstw miała zamiar mi wcisnąć?
- Kocham cię. Razem sobie poradzimy, zobaczysz.
- Lepiej już nic nie mów. - Ostrzegałem ją.
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. - Pocieszała mnie patrząc mi w oczy. Tego było za wiele. Nie wytrzymałem.
-
Wynoś się z mojego życia, idiotko! - Wrzasnąłem i pobiegłem na górę.
Zamknąłem się w pokoju trzaskając drzwiami. Czułem jak krew napływa mi
do głowy. Odczułem dziwne drgania, cały się trząsłem. Oddychałem bardzo
szybko, a serce biło mi jak oszalałe. Kopnąłem w krzesło by wyładować
swój gniew, ale to nie wystarczyło. Nagle usłyszałem jej głos pod
drzwiami.
-
Rex, przestań. Pogódźmy się. - Prosiła Circe. W jej głosie było coś
czego wcześniej nie zauważyłem. Chyba płakała, bo cicho pochlipywała
pomiędzy wypowiadanymi zdaniami.
- Nie licz na to. - Warknąłem. Co z tego, że było jej smutno? Nie znała mojej sytuacji.
- Rex, jeśli nie wyjdziesz natychmiast, to koniec z nami, słyszysz?
- I dobrze.
-
Dobrze. - Powtórzyła po mnie. - Jak chcesz. I jeszcze jedno. Twoi
rodzice mają szczęście, że nie żyją. Nie muszą patrzeć jak niszczysz
swoje życie. Chociaż takie zachowanie pewnie przekazali ci w genach.
Jestem pewna, że byli tak samo roztrzepani, głupi i nierozgarnięci jak
ty. A jeśli chciałbyś się czegoś o nich dowiedzieć, to nie wykluczone,
że pracownicy szpitala psychiatrycznego mogą ci udzielić istotnych
informacji. - Potem usłyszałem tylko dźwięk oddalających się kroków.
Miałem dość. Naprawdę. Wyzywanie mnie to jedno, ale mieszanie w to moich
nieżyjących rodziców... Minęła chwila zanim poukładałem sobie w głowie
co jej powiedzieć. Zbiegłem na dół. Zacząłem się rozglądać. Wpadłem na
Circe w kuchni. Odchrząknąłem. - Weź już się nie wygłupiaj... -
Powiedziała. Mimowolnie uśmiechnąłem się. - ... Halloween było rok temu.
Zdjąłbyś już tę paskudną maskę, bo jak na ciebie patrzę to zbiera mi
się na wymioty. - Skrzywiłem się.
- Może ograniczysz riposty i w końcu mnie przeprosisz? - Zasugerowałem.
- Za co? To, że jesteś palantem to już nie moja wina.
-
Brawo. Zamierzasz mnie tak obrażać przez cały dzień? - Spytałem. -
Dobra. Masz trzy sekundy. Albo mnie przeprosisz, albo zrobię coś
niewyobrażalnie złego.
- Uczysz się. Upodabniasz się do Van Kleissa. - Uprzedziła mnie.
- Raz... - Zacząłem. - Dwa... trzy... - Spojrzałem na nią i wbiłem w nią wzrok.
- Wow... umiesz liczyć do trzech. Jestem pod wrażeniem.- Mówiła wrednie.
- Przestaniesz?!
- Bo? Prawda w oczy kole? - Podszedłem do blatu kuchni i oparłem się o niego. Circe wyszła bez słowa.
Miałem już dość życia. Chciałem... tak bardzo chciałem żeby moi rodzice
teraz byli przy mnie. Był tylko jeden sposób, aby się od tego uwolnić.
Wyjąłem z szuflady nóż kuchenny. Naostrzyłem go i poszedłem na górę.
Zdjąłem bluzę, rękawiczki i położyłem je na krześle. Usiadłem na łóżku.
Ręce mi drżały. Zrobiłem jedną krótką i cienką linę w okolicy
nadgarstka. Zabolało, ale pogrubiłem ją. Pociąłem całe nadgarstki.
Ciąłem aż zabrakło mi sił i nóż upadł mi na ziemię. Patrzyłem jak krople
krwi jedna po drugiej spływają po moich dłoniach i kapią na kremowy
dywan. Potem poczułem spokój. Obraz stawał się coraz bardziej zamazany. Boże... co ja zrobiłem?...Ogarnął mnie strach i chciałem cofnąć czas. Niestety, nie było już odwrotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz