sobota, 9 lutego 2013

ROZDZIAŁ 8 "Młodzieńcza bezmyślność"

Nawet nie zauważyłem kiedy ogarnął mnie błogi sen. Gdy się obudziłem, leżałem na łóżku. Ale to nie był mój pokój. Sądząc po kolorystyce należał do dziewczyny. Z sąsiedniego pokoju było słychać włączony telewizor.

Nie wiedząc czego mogę się spodziewać, wstałem cichutko. Ubrałem się. Ostrożnie zeszedłem na dół. Osłupiałem. Na kanapie siedziała Circe i oglądała jakiś serial. Podszedłem do niej.

- Co ja tutaj robię? - Zapytałem. Spojrzała na mnie. Wyłączyła telewizor i pociągnęła mnie do kuchni.

- Na co masz ochotę? - Spytała jak gdyby nigdy nic i otworzyła lodówkę.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. - Zauważyłem.

- Ech... Wyrwa przeniosła cię do mnie. Myślałeś, że będziesz spał na bruku?

- Czekaj... - Dotarło do mnie, że przecież obudziłem się w samej bieliźnie.

- Wybacz, że cię rozebrałam, ale spałeś jak zabity. Nie było sensu cię budzić. A tutaj jest dosyć ciepło. - Wyjęła z lodówki kawałek ciasta. Usiadłem i zacząłem jeść. - Smakuje ci?

- Tak, jest ok.

- To się cieszę. Sama piekłam. - Nic się nie odezwałem. - I widzisz? Przy Van Kleissie nie jest tak źle. - Zmierzyłem ją wzrokiem.

- Tak? Już nigdy nie zobaczę moich przyjaciół, ani brata... nikogo z nich. - Odstawiłem talerz.

- To nieprawda. Możesz się z nimi widywać. Przecież Van Kleiss nie powiedział, że już nie będziemy atakować Providence.

- Duże pocieszenie. - Mruknąłem.

- Rex, porozmawiajmy jak kiedyś. Nie bądź na mnie zły.

- Mam udawać, że wszystko jest ok, tak?

- Rex, zapewniam cię że nie zrobimy krzywdy nikomu z twoich bliskich. Porozmawiajmy.

- Dobra. No to dawaj.

- Nie lubię naszych kłótni.

- Aha. - Powiedziałem obojętnie. - A ja nie lubię być sam. I widzisz? Oboje mamy problem.

- Nie jesteś sam. - Zaprotestowała. Wstałem.

- To dlaczego tak się czuję?

- Ja jestem przy tobie. - Rzeczywiście, była tu, ale tak jakby jej tutaj nie było.

- Nie. Nie ma tutaj ciebie. Jest ta dawna Circe, która wykonuje każde polecenie Van Kleissa. Założę się, że jeśli rozkazałby ci mnie zabić, zrobiłabyś to bez chwili zawahania. - Chyba trochę przegiąłem, ale było to dla mnie bez znaczenia. Chciałem... sam się sobie dziwię... chciałem żeby cierpiała. Tak bardzo jak ja cierpiałem kiedyś z jej powodu.

- Rex, jak możesz? Ja cię kocham.

- Tak bardzo mnie kochasz, że zmuszasz mnie do czegoś czego nie chcę i nigdy nie chciałem robić. Tak bardzo ci na mnie zależy, że wróciłaś i znowu sprzymierzyłaś się z moim największym wrogiem. Jeśli to jest miłość to ja już nic nie rozumiem. - Robiłem jej wyrzuty. Ubrałem bluzę i podszedłem do drzwi.

- Rex, dokąd ty idziesz?

- Muszę się przewietrzyć. - Oznajmiłem.

- Nie możesz. - Zamknęła drzwi na zamek. - Van Kleiss zabronił mi cię stąd wypuszczać.

- I?

- Jeśli to zrobisz, zabije twoich przyjaciół. Chcesz tego? Naprawdę?

- Ych! - Zamachnąłem się i zwaliłem wszystko ze stołu. - Wiesz co?

- Tak?

- Nienawidzę cię! Słyszysz?! Nienawidzę! - W jej oczach pojawiły się łzy, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia, przynajmniej w tym momencie.

- Rex... jak mogłeś?

- Co? Rozpłaczesz się? Proszę bardzo. Zasłużyłaś sobie. A to co było między nami... tego nie ma.

- Rex...

- Nie ma! I nie będzie! Już nigdy! Słyszysz?!

- Ja nie chciałam... ja...

- Daj spokój. To nie ma sensu.

- Nie zostawię cię w takiej sytuacji. - Chwyciła moją dłoń. Wyrwałem się.

- Ty naprawdę jesteś głupia jeśli myślisz, że ci wybaczę.

- Rex, nie działaj pochopnie. Kochasz mnie i ja to wiem. Nie rób czegoś czego potem będziesz żałował. - Ostrzegała.

- Niczego nie będę żałował.

- Rex, ja cię nigdy nie opuszczę. Przechodzisz trudny okres, ale bez względu na wszystko ja zawsze będę przy tobie.

- Przestań. - Czułem jak tracę nad sobą kontrolę. Ile jeszcze kłamstw miała zamiar mi wcisnąć?

- Kocham cię. Razem sobie poradzimy, zobaczysz.

- Lepiej już nic nie mów. - Ostrzegałem ją.

- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. - Pocieszała mnie patrząc mi w oczy. Tego było za wiele. Nie wytrzymałem.

- Wynoś się z mojego życia, idiotko! - Wrzasnąłem i pobiegłem na górę. Zamknąłem się w pokoju trzaskając drzwiami. Czułem jak krew napływa mi do głowy. Odczułem dziwne drgania, cały się trząsłem. Oddychałem bardzo szybko, a serce biło mi jak oszalałe. Kopnąłem w krzesło by wyładować swój gniew, ale to nie wystarczyło. Nagle usłyszałem jej głos pod drzwiami.

- Rex, przestań. Pogódźmy się. - Prosiła Circe. W jej głosie było coś czego wcześniej nie zauważyłem. Chyba płakała, bo cicho pochlipywała pomiędzy wypowiadanymi zdaniami.

- Nie licz na to. - Warknąłem. Co z tego, że było jej smutno? Nie znała mojej sytuacji.

- Rex, jeśli nie wyjdziesz natychmiast, to koniec z nami, słyszysz?

- I dobrze.

- Dobrze. - Powtórzyła po mnie. - Jak chcesz. I jeszcze jedno. Twoi rodzice mają szczęście, że nie żyją. Nie muszą patrzeć jak niszczysz swoje życie. Chociaż takie zachowanie pewnie przekazali ci w genach. Jestem pewna, że byli tak samo roztrzepani, głupi i nierozgarnięci jak ty. A jeśli chciałbyś się czegoś o nich dowiedzieć, to nie wykluczone, że pracownicy szpitala psychiatrycznego mogą ci udzielić istotnych informacji. - Potem usłyszałem tylko dźwięk oddalających się kroków. Miałem dość. Naprawdę. Wyzywanie mnie to jedno, ale mieszanie w to moich nieżyjących rodziców... Minęła chwila zanim poukładałem sobie w głowie co jej powiedzieć. Zbiegłem na dół. Zacząłem się rozglądać. Wpadłem na Circe w kuchni. Odchrząknąłem. - Weź już się nie wygłupiaj... - Powiedziała. Mimowolnie uśmiechnąłem się. - ... Halloween było rok temu. Zdjąłbyś już tę paskudną maskę, bo jak na ciebie patrzę to zbiera mi się na wymioty. - Skrzywiłem się.

- Może ograniczysz riposty i w końcu mnie przeprosisz? - Zasugerowałem.

- Za co? To, że jesteś palantem to już nie moja wina.

- Brawo. Zamierzasz mnie tak obrażać przez cały dzień? - Spytałem. - Dobra. Masz trzy sekundy. Albo mnie przeprosisz, albo zrobię coś niewyobrażalnie złego.

- Uczysz się. Upodabniasz się do Van Kleissa. - Uprzedziła mnie.

- Raz... - Zacząłem. - Dwa... trzy... - Spojrzałem na nią i wbiłem w nią wzrok.

- Wow... umiesz liczyć do trzech. Jestem pod wrażeniem.- Mówiła wrednie.

- Przestaniesz?!

- Bo? Prawda w oczy kole? - Podszedłem do blatu kuchni i oparłem się o niego. Circe wyszła bez słowa.

Miałem już dość życia. Chciałem... tak bardzo chciałem żeby moi rodzice teraz byli przy mnie. Był tylko jeden sposób, aby się od tego uwolnić. Wyjąłem z szuflady nóż kuchenny. Naostrzyłem go i poszedłem na górę. Zdjąłem bluzę, rękawiczki i położyłem je na krześle. Usiadłem na łóżku. Ręce mi drżały. Zrobiłem jedną krótką i cienką linę w okolicy nadgarstka. Zabolało, ale pogrubiłem ją. Pociąłem całe nadgarstki. Ciąłem aż zabrakło mi sił i nóż upadł mi na ziemię. Patrzyłem jak krople krwi jedna po drugiej spływają po moich dłoniach i kapią na kremowy dywan. Potem poczułem spokój. Obraz stawał się coraz bardziej zamazany. Boże... co ja zrobiłem?...Ogarnął mnie strach i chciałem cofnąć czas. Niestety, nie było już odwrotu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz