niedziela, 10 lutego 2013

ROZDZIAŁ 18 „Wystarczy po prostu mieć serce”

Rano gdy się obudziłem było około 14:00. Wyspałem się za wszystkie czasy. Ubrałem się i zeszedłem na dół. Mój tata chyba poszedł do pracy, bo nie zastałem go w domu. Otworzyłem lodówkę, zjadłem śniadanie i wyszedłem.

Zamknąwszy za sobą drzwi wyszedłem na zewnątrz. Wygenerowałem motocykl i pojechałem do mojej ulubionej kafejki w centrum miasta.

Było tam kilka okrągłych brązowych czteroosobowych stolików. Po prawej stronie kilka okien z białymi ramami, które nieźle kontrastowały z kremowymi, bladymi ścianami. Podłoga była wyłożona jasnoniebieskimi płytkami. Po lewej stronie był jasnobrązowy bar.

Oparłem się o ścianę. Założyłem ręce i skrzyżowałem luzacko nogi. Nagle do pomieszczenia wzeszła Circe i ruszyła w moim kierunku. Spanikowałem i postanowiłem udawać, że jej nie zauważyłem. Podbiegła i przytuliła mnie.

- Rex… – Westchnęła. Stałem jak słup soli. Po chwili odepchnąłem ją i ruszyłem do stolika. Usiadłem, a ona zajęła miejsce na przeciwko mnie. – Dlaczego uciekłeś? Martwiłam się.

- Nie rozumiem. – Przyznałem.

- Czego?

- Martwiłaś się o mnie?

- Tak. I… stęskniłam się.

- A co z Caesarem? – Warknąłem zakładając ręce.

- Nie wiem… znaczy… widziałam jak on… – Zamilkła.

- No co?

- Całował i macał moją siostrę. Rex, pomóż mi. – Aha, czyli jak Caesar znalazł sobie inną to Circe postanowiła sobie tak nagle o mnie przypomnieć.

- Niby jak ja mam ci pomóc?

- Nie wiem. Ale proszę cię. Nie zostawiaj mnie teraz. – Złapała moją dłoń. – Proszę. – Powtórzyła.

- Ja…

- Rex, wróć do Providence. Nie możesz dłużej mieszkać na ulicy.

- Nie wrócę. Co, nowy wam się znudził?

- Nie. Co ty wygadujesz? Nie ma nikogo na twoje miejsce. Mówiliśmy o nowym sprzęcie do sali treningowej. Z Caesarem chcieliśmy ci zrobić niespodziankę.

- Co?

- No. A ty od razu musiałeś uciekać. Proszę cię.

- Niestety. Trochę się pozmieniało. – Spojrzała na mnie pytająco. – Znalazłem ojca.

- Ale mówiłeś, że on…

- Nie żyje? Tak myślałem. Ale jestem pewien, że to on.

- Rex, rozumiem cię, ale chcę żebyś wrócił do Providence.

- Nie mogę. Przynajmniej nie teraz. – Wstałem, a ona za mną.

- A czy ty… nadal mnie kochasz?

- Przestań mnie o to wypytywać. – Zagotowałem się, bo odpowiedź była prosta „jasne, że tak”.

- Ale… możemy…

- Się przyjaźnić? – Dokończyłem. – Jasne. Chyba, że byś chciała…

- Nie. Na razie muszę się pozbierać. Poukładać sobie wszystko i pozałatwiać wiele spraw.

- Powiedz mi to teraz. Chcesz ze mną być, czy nie? – Spytałem stanowczo. Podała mi dłoń. Liczyłem na to, że mnie przytuli i, że wszystko między nami będzie już ok, ale cóż. Jak nie to nie pomyślałem. Uścisnąłem jej dłoń. Mimo wszystko zabolało mnie. – Dobrze, możemy się przyjaźnić.

- Zwariowałeś?! Myślałam, że zaprzeczysz.

- O co ci znowu chodzi?

- Daj już spokój.

- Ale z czym?

- Przestań. – Chciała odejść, ale zatrzymałem ją. – Puść. – Powiedziała stanowczo.

- Nie. Najpierw odpowiedz na moje pytanie. – Spojrzałem jej w oczy. Były pełne nienawiści, tak jak kiedyś.

- Zostaw mnie! – Wyrwała mi się i wyszła energicznie. Posmutniałem. Chyba jednak chciałem się z nią pogodzić. Spaprałem sprawę.

Chwilę jeszcze posiedziałem w barze, potem wyszedłem na miasto. Chodziłem ulicami, włócząc się bez żadnego celu. Nagle zauważyłem, że Circe broni się przed jakimś Evo. Poczułem wyraźny ból, słysząc jej syrenę. W pewnym momencie potwór uderzył ją i upadła nieprzytomna na ziemię. Monstrum złapało ją w swoje macki i uniosło ku górze.

Otworzyło swoją ogromną, zielono-morską paszczę ukazując setki ostrych jak brzytwa zębów. Macki, poza tą którą w tym momencie dusiła moją byłą dziewczynę wiły się po ziemi. Podbiegłem, wygenerowałem miecz i uwolniłem Circe, która spadła na beton. Potwór uciekł do ścieków. Schowałem maszynkę i podbiegłem do dziewczyny. Rozwiązałem oślizgłą kończynę, która nadal była mocno zaciśnięta na jej klatce piersiowej i brzuchu.

- Circe, nic ci nie jest? – Niemrawo spojrzała na mnie. Potem jakby się mnie przestraszyła, dlatego energicznie wstała.

- Nic. Po co się wtrącałeś?!

- Chciałem ci pomóc.

- Dosyć mi pomogłeś. – Warknęła. – Zostaw mnie już w spokoju.

- Przecież ja nie chciałem tylko, żeby coś ci się stało.

- Nie potrzebuję pomocy. Zwłaszcza kogoś kto tak mnie potraktował.

- Niby co ja zrobiłem?

- Czemu bawisz się moimi uczuciami? Nie wiem czy chcesz mieć mnie blisko, czy chcesz się tylko przyjaźnić. Powiedz wprost.

- Ja… – Nie wiedziałem tego. Przynajmniej na razie.

- Tak myślałam. – Odeszła. Ja ruszyłem dalej przed siebie. Natknąłem się na nią jakieś dwie godziny po tym zdarzeniu. Trzech dilerów ją zaczepiało. Mieli mroczne ciuchy i czarne motory.

- Ej, masz kupić te prochy, jasne? – Spytał jeden z nich. Circe nie używała mocy przeciwko nim, żeby ich nie skrzywdzić.

- Nie chcę. – Mówiła przestraszona. Cofała się pomału, a oni podchodzili do niej.

- Pięćdziesiąt się należy. – Wcisnęli jej narkotyk do ręki. – Wyskakuj z kasy. – Rzuciła prochy na ziemię.

- Nie chcę tego. – Wtedy zaczęli ją szarpać.

- Johny, daj spokój. – Powiedział jeden z nich.

- Nie. Jak tak dalej pójdzie to nigdy się nie dorobimy. – Nadal potrząsał jej ramionami. – Bierzesz to, słyszysz?! – Podbiegłem tam i odepchnąłem go.

- Zostawcie ją w spokoju. – Warknąłem.

- Hej, panowie patrzcie. Jaki odważny. – Popchnął mnie. – Nie podskakuj mi. – Rzuciłem się na nich. Zaczęliśmy się bić. To nie było fair. Czterech na jednego i w dodatku nie mogłem użyć mocy. Circe stała przestraszona i przyglądała się całemu zajściu.

Dzień był ciepły. Wiał przyjemny wiaterek. Słońce świeciło, więc na pogodę nie można było narzekać. Lecz tam gdzie byłem nie czułem się dobrze. Nikt by się nie czuł. Ciemny zaułek, pełen śmietników przepełnionych odpadkami. Nie wiem czemu Circe wybrała tę okolicę. Od smrodu aż piekły oczy. W dodatku było tam mnóstwo szczurów. Ściany były szare i tylko gdzieniegdzie wypisane na ich były, olbrzymimi literami słowa, których nigdy w życiu bym nie użył. Szósty by mnie za to zabił… i mój ojciec też. Poza tym ja nie przepadam za przekleństwami. Jak dla mnie są one zbędne, jak na przykład zasada, że muszę być obecny na każdej odprawie. Asfalt miał dziury i gdzieniegdzie był popękany. W pewnym momencie usłyszałem syreny policyjne. Circe na szczęście stanęła w mojej obronie i gliny zabrały jedynie moich przeciwników.

- Nic ci nie jest? – Spytałem dziewczyny.

- Jesteś idiotą. To była moja sprawa. Nie powinieneś się mieszać.

- Ale…

- Zostaw mnie już. – Mimo jej próśb, starałem się nie spuszczać jej z oka. Miałem złe przeczucia. I oczywiście miałem rację. Gdy przechodziła przez ulicę rozpędzone auto ruszyło prosto na nią. Wygenerowałem motocykl i złapałem Circe umykając przed samochodem. Schowałem maszynkę i postawiłem Circe na chodniku.

- Mało brakowało.

- Której części z „zostaw mnie” nie rozumiesz? – Odeszła.

- Czekaj. Dokąd idziesz?

- Do Providence. Mam dość. Idę się położyć. – Zostawiłem ją i ruszyłem do domu. Była jakaś 18:00 kiedy przekroczyłem próg. W kuchni zastałem mojego papi. Był jakiś zdenerwowany i posłał mi spojrzenie jakby zaraz miał mnie udusić. O co mu chodzi? Uśmiechnąłem się, ale nie odwzajemnił tego.

- Rex, możesz mi powiedzieć gdzie byłeś?

- W mieście. Włóczyłem się. – Usiadł ze mną przy stole.

- Posłuchaj. W Providence może tolerowali twoje ucieczki i nie przejmowali się tym gdzie jesteś i co robisz, ale ja jestem twoim ojcem i muszę wiedzieć takie rzeczy. Mogłeś chociaż zostawić kartkę na stole.

- Lo siento papi. – Powiedziałem spuszczając wzrok.

- No dobrze. Posłuchaj. Na jakiś czas powinieneś wrócić do Providence. Potem zobaczymy co dalej. Załatwię wszystkie formalności.

- Ale…

- Rex. – Rzekł surowo.

- Ok… – Zmierzwił mi włosy. Wstałem i pobiegłem na górę się spakować. A myślałem, że w końcu znalazłem swoje miejsce. Zjadłem kolację i około 20:00 wyszedłem.

- Niedługo się zobaczymy, obiecuję.

- Na razie. – Odpowiedziałem i… wróciłem do bazy. Co miałem zrobić? Rozpakowałem się i poszedłem do centrum dowodzenia, aby wszystkim ogłosić mój powrót. Wszyscy bardzo się ucieszyli. Wszyscy… poza Circe. Stała z grobową miną i założonym i rękami.

- Circe, zaniesiesz to do pracowni? – Poprosił Caesar podając jej jakieś pudła z częściami do machiny. Wzięła je od niego i powoli ruszyła przed siebie. Odebrałem jej je.

- Pomogę ci. – Poszła za mną do labo. Odstawiłem te rzeczy i wróciliśmy do centrum dowodzenia.

- Rex przestań mi pomagać. Dam radę. Muszę żyć dalej. – Poszła do pokoju, ja również wróciłem do siebie. W pokoju nic a nic się nie zmieniło. Te same szaro białe ściany, ta sama plazma i to samo rozwalone łóżko. Dokończyłem rozpakowywanie się. Wyjąłem z szafy gitarę. Dawniej stała tam zakurzona, ale w końcu postanowiłem jej użyć. Zacząłem grać. Słowa jakby same nasuwały mi się na myśl. Znałem bicie i chwyty. Jakby to była moja piosenka. Może kiedyś ją napisałem, ale dla kogo? W końcu wydobyłem z siebie dźwięk:

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=ABTDjf2PqrQ

(Joe Jonas – „Make It Right”)

Mówi się, że będziesz wiedzieć Kiedy znajdziesz tę jedyną Ale ciężko jest to stwierdzić Po tym, co się stało  Ale chciałbym powiedzieć, że to twoja wina Ale wiem lepiej Bo jestem głupi Myśląc, że będziesz wiecznie na mnie czekać
Może mógłbym cię pokochać Może mógłbym pokazać Że ciągle się o ciebie troszczę Bardziej niż myślisz Nie mów, że jest za późno, by spróbować By to rozwiązać, oh To rozwiązać, tak
Nie wiedziałem Jak jesteś dla mnie dobra Teraz to jasne Widzę wszystko, co mogliśmy zrobić
I wiem, że to moja wina Ale potraktuję cię lepiej Bo jeśli miałbym jedno życzenie Byłabyś ze mną na zawsze
Może mógłbym cię pokochać Może mógłbym pokazać Że ciągle się o ciebie troszczę Bardziej niż myślisz Nie mów, że jest za późno, by spróbować By to rozwiązać, oh To rozwiązać, tak
Czy jest coś, co mogę powiedzieć Pokaż mi, jak to zmienić Zanim odejdziesz Skorzystaj z czasu, by zawrócić Teraz mnie posłuchaj
Może mógłbym cię pokochać Może mógłbym pokazać Że ciągle się o ciebie troszczę Bardziej niż myślisz Nie mów, że jest za późno, by spróbować
Może mógłbym cię pokochać Może mógłbym pokazać Że ciągle się o ciebie troszczę Bardziej niż myślisz Nie mów, że jest za późno, by spróbować By to rozwiązać, oh To rozwiązać
Rozwiązać to Rozwiążemy to, o tak

Nagle do pokoju weszła Holiday. Jej wyraz twarzy wskazywał, że martwi się o mnie. Wymusiła uśmiech. Patrzyłem na nią zawstydzony. Musiała słyszeć jak śpiewam.

- Ładna piosenka. Masz talent.

- Nie, to tylko… takie tam brzdękanie.

- O kim była ta piosenka?

- O nikim.

- Pewnie o Circe, co?

- Nie.

- Mów co chcesz. Ja i tak wiem swoje. Rex… ona też cię kocha. Wróci. Obiecuję ci to.

- Jasne. Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać. – Powiedziałem smutno. Wstała.

- Dobranoc. – Było około 21:00 gdy wyszła. Nagle do mojego pokoju weszła Circe.

- Rex… – Wstałem z łóżka. Była cała zapłakana. – Pomóż mi… – Szepnęła piskliwym głosem.

- A gdzie „zostaw mnie”? – Schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Podszedłem do niej i przytuliłem ją. – Przepraszam. Już dobrze. Nie płacz. Co się stało?

- Oni znowu to robili.

- Co robili?

- Całowali się i macali na moich oczach.

- Kto? – Wypytywałem.

- Caesar i Tori. Ja tak dłużej nie wytrzymam. Zabiję się.

- Nie.

- Ale on mnie nigdy nie zechce. Nikt mnie nie chce.

- Circe, jesteś piękną, młodą, mądrą i zdolną dziewczyną. – Złapałem ją za ramiona.

- Jasne.  – Powiedziała sarkastycznie. – Rex, ale on…

- Ja cię chcę. – Walnąłem. Było mi głupio.

- Co?

- Nieważne. Nic. – Puściłem ją.

- Ty mnie kochasz… – Westchnęła. – Naprawdę mnie kochasz. – Przytuliłem ją.

- Nigdy nie przestałem.

- Rex, czy to znaczy, że…

- Tak, chcę do ciebie wrócić. O ile obiecasz, że już mnie nie zdradzisz.

- Obiecuję. – Chwila niezręcznej ciszy. – Rex, gdzie będziesz spał?

- Eee… pewnie pójdę po materac.

- A może chodź do mnie? – Na pewno się zarumieniłem, bo czułem jak robi mi się gorąco.

- Mogę?

- Jasne. – Pocałowała mnie w policzek i wyszła. Przebrałem się w piżamę i cichutko wymknąłem się do jej pokoju. Położyłem się na skraju łóżka. – Rex, zaraz spadniesz.

- Nie martw się. – Pociągnęła mnie do siebie i przykryła nas.

Położyłem się na lewym boku i pozwoliłem, by oparła głowę ma moim ramieniu. Wtuliła się we mnie i objęła mnie. Potem usłyszałem cichy szept „Kocham Cię”, ale wydawało mi się, że sobie to zmyśliłem. Nagle poczułem ciepło jej warg na moich ustach. Odwzajemniłem pocałunek. Przytuliłem ją i niedługo po tym zasnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz