czwartek, 21 lutego 2013

ROZDZIAŁ 20

~Szósty~


  Szedłem korytarzem starając się myśleć racjonalnie. Miałem ochotę tam wrócić i "zająć się" Rebeccą. Wiedziałem jednak, że to byłoby złe. Nie chciałem znowu powrócić na stary szlak. Szlak pełen nienawiści. Nie chciałem wracać myślą do czasów gdy byłem seryjnym zabójcą i przebierałem w kobietach. Żałowałem teraz, że nigdy nie założyłem rodziny. Że zabiłem tylu niewinnych ludzi. I po co? Żeby się rozerwać. Zapomnieć o tym jak się czułem widząc śmierć moich rodziców.

   Miałem wtedy jakieś 7 lat. Mimo tego wieku wracałem i chodziłem do szkoły sam. Gdybym tego dnia jednak ustąpił mamie i pozwolił im się odwieźć... Może jeszcze by żyli, a ja nie stałbym się tym kim się stałem.W domu było bardzo cicho. Ale czułem płynącą z tego miejsca złą energię. Wszedłem do salonu i stanąłem jak wryty. Łzy napłynęły mi do oczu. Widząc moją matkę z nożem w brzuchu i martwego ojca leżącego na ziemi, miałem tylko jedno pragnienie. Aby umrzeć razem z nimi. Z czasem jednak to uczucie przerodziło się w chęć zemsty. Ostatnie słowa taty, do dziś brzmią w moich uszach:

UCIEKAJ... UCIEKAJ I OBIECAJ, ŻE NIE BĘDZIESZ SIĘ MŚCIŁ ZA TO CO SIĘ STAŁO..______________________________________________

Upadł na podłogę. Jego zielone, zastygłe, przerażone oczy patrzyły na mnie. Wybiegłem z płaczem. Uciekałem najszybciej jak umiałem. Tego dnia padał deszcz, więc było ślisko i mokro. Wpadłem w kałużę. Nie miałem pieniędzy, ani nawet dowodu. Nie wiedziałem co mam robić. Nagle zauważyłem że jakiś mężczyzna wyciąga do mnie dłoń. Chwyciłem ją i wstałem.

- Wiem co się stało. Jestem przyjacielem twojego ojca, Gerard. - Oznajmił. Jego wyraz twarzy nie okazywał żadnych emocji. Zachowywał się tak jakby takimi sprawami zajmował się na co dzień. Byłem zapłakany. Po moich policzkach płynęły gorące łzy. Czułem w ustach ich słony smak.

- C-co teraz będzie? - Spytałem cicho pochlipując. Bałem się. Najzwyczajniej w świecie bałem się co teraz się ze mną stanie. Gdzie będę mieszkał? Tamtego dnia czułem, że straciłem wszystko na czym chociaż trochę mi zależało. Mężczyzna objął mnie ramieniem. Ruszyliśmy ulicą. Zimny deszcz padał coraz mocniej.

   Od tamtej pory tajemniczy mężczyzna, zabrał mnie do siebie. Traktował mnie jak własnego syna. Było mi dobrze, do czasu aż zaczęły się ciężkie treningi. Powiedział, że w życiu mogę liczyć jedynie na siebie, dlatego muszę nauczyć się jak skutecznie się bronić, a w razie czego zaatakować. Mój nowy opiekun przedstawił mi się jako "Pierwszy". Nie wnikałem jak naprawdę się nazywa. Ten temat go drażnił. Bardziej niż wszystko inne. Po kilku latach byłem gotowy. Miałem wkroczyć w dorosłe życie. Jedyne czego się nauczyłem to: "Możesz mieć wszystko czego zechcesz tylko musisz o to zawalczyć. Litość daje wrogom nadzieję, dlatego zawsze działaj szybko i staraj się przewidzieć każdy możliwy ruch przeciwnika." Według niego wszystko można rozwiązać siłą.

   Wróciłem do swojego pokoju. Usiadłem na łóżku. Nieprzytomnie patrzyłem w podłogę. Było mi źle. Po raz pierwszy od tylu lat czułem potrzebę kobiecego ciepła. Nie wymuszonego... Prawdziwej miłości. Pragnąłem poczuć smak ust kobiety, która bez dużej ilości promili, szalałaby za mną. Pragnąłem... Rebecci.

   W pokoju było ciemno. Tylko mała lampka nocna, stojąca na stoliku dawała trochę światła. To ona "mówiła mi", że moje życie nie jest jedną wielką pomyłką. Przypominała mi sens życia. Kobietę w fartuchu, codziennie czekającą na mnie obok sali treningowej. Z pod poduszki wyjąłem średniej wielkości, lekko pomiętą kartkę. Rozłożyłem ją. To był list od mojej byłej dziewczyny. Dała mi go dawno temu, albo raczej nie dała... wyjąłem go z jej torby dzień przed jej śmiercią. Przyjaciele mówili mi, że poświęciła dla mnie swoje życie. Nie chciałem w to wierzyć i długo miałem nadzieję, że gdzieś ją spotkam. W końcu zrezygnowałem z poszukiwań. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Kochałem ją bardzo mocno. Wiedziała, że potrafię skoczyć za nią w ogień i ja też doskonale to wiedziałem.

   Nawet gdy teraz czytam ten krótki list, chce mi się płakać. Ta twarda powłoka pokrywająca moją spokojną i opanowaną duszę...pęka. Staję się miękki. Po prostu mam ochotę utonąć we własnych łzach, ale myśl o Holiday podnosi mnie na duchu.


"Kochany Gerry!


   Kiedy będziesz czytał ten list, mnie już nie będzie obok ciebie. Wierzę, że kiedyś się spotkamy. W innym miejscu i czasie. Może wtedy zrozumiesz dlaczego musiałam Cię zostawić i wybaczysz mi.

   Dłużej nie mogłam tego ciągnąć. Grozili mi. Sam dobrze wiesz. Nie planowałam tego. Tak się stało. W końcu kazali mi wybierać, Ty albo ja. Nie miałam łatwego wyboru, ale pragnęłam jedynie Twojego szczęścia. Wiem, że może Ci być równie dobrze z kimś innym. Zawsze będę z Tobą i chcę żebyś o tym pamiętał. Wiem że mnie kochasz i ja Ciebie też kocham. Nie kasuj proszę mojego numeru. Zadzwonię, gdy wszystko się już ułoży. Znowu będziemy razem. Będę na Ciebie czekać. 

   Mam tylko jedną prośbę. Nie wiąż się z nikim na stałe, bo wtedy pęknie mi serce. Zrobię wszystko co w mojej mocy by nas znowu połączyć, a wtedy nic Nas już nie rozdzieli. Obiecuję.


                                                       Twoja Alexandra XOXO"


   Po ponownym przeczytaniu listu, schowałem go do szuflady. Miałem dosyć ciągłego ukrywania się. Tyle czasu trzymałem ten świstek, który nic już dla mnie nie znaczył. Wyszedłem z ciemnego pokoju i ruszyłem korytarzem. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Idąc napotkałem Rebeccę. Ucieszyłem się, że ją widzę. Uśmiechnęła się do mnie, ale ja nie odwzajemniłem tego. Nigdy nie lubiłem się śmiać. Po śmierci rodziców nie miałem już na to najmniejszej ochoty. Uważałem, że nie muszę. Ci, którzy choć trochę mnie znali, nie przejmowali się tym. Rebecca się do nich zaliczała.Poszła do laboratorium, a ja ruszyłem za nią.

   Bardzo szybko uwijała się za swoją pracą. Miałem trenować, ale odpuściłem sobie, za co Rex powinien być mi wdzięczny, bo obiecałem mu dodatkowy trening. Za karę. Już nawet nie pamiętam co przeskrobał. Ale on zawsze znajdzie sposób żeby mnie wkurzyć. Rebecca przenosiła jakieś probówki, gdy nagle potknęła się i prawie upadła, lecz na szczęście w porę ją złapałem. Spojrzałem w te jej spanikowane, zielone oczy i na chwilę zapomniałem o Bożym świecie. Ona uśmiechnęła się do mnie. Strasznie się denerwowałem. W końcu przechyliłem głowę w lewo i prawie ją pocałowałem, gdy nagle usłyszałem za sobą głos Rexa.

- Wow, Szósty. Nie spodziewałem się. - Skomentował nastolatek. Zaskoczył mnie swoją obecnością i dlatego upuściłem Rebeccę na podłogę. Szybko pomogłem jej wstać. Byłem wkurzony na chłopaka. Tak mało brakowało. Ona się nie broniła. Wszystko mogłoby się udać.

- Rex, co ty tutaj robisz? - Zapytałem i założyłem ręce. Doktor Holiday zarumieniła się.

- Ja nic. A co? Nie wolno tutaj przebywać? - Zapytał unosząc jedną brew. To była moja zabawa. - Ech... nieważne. Holiday miała mi zrobić kilka badań.

- Ta, przydałoby się. - Mruknąłem do siebie niezadowolony.Wyszedłem stamtąd. Nie mógłbym teraz spojrzeć Rebecce w oczy. Opuściłem bazę i bez celu zacząłem się błąkać po ulicach Manhattanu. Jak nigdy było tam spokojnie i jakoś dziwnie cicho. Trochę wiało, lecz był to przyjemny, ciepły wietrzyk. Ludzie podążali chodnikami i przechodzili przez jezdnię. Nic szczególnego się nie działo. Samochody jechały z zawrotną prędkością, a dzieci grały w piłkę na boisku szkolnym. Zająłem miejsce na trybunach i zacząłem się przyglądać małolatom. Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy to razem z tatą grałem w piłkę nożną. Dosyć długo tam siedziałem.

   Do bazy wróciłem około dziewiętnastej. Od razu pobiegłem do siebie w nadziei, że ukryję się tam przed Holiday. To co zobaczyłem zmroziło mi krew w żyłach. Moja ukochana czytała ze łzami w oczach, list od mojej byłej. Wiedziałem, że zaraz mi się oberwie. Mimo to, powolnym krokiem ruszyłem w kierunku kobiety.

- R-rebecca?... - Odezwałem się po chwili. Ona odwróciła się energicznie i uderzyła mnie w twarz. Dotknąłem policzka. To mnie zabolało, tym bardziej, że dostałem od kobiety, którą kocham.

- Jak mogłeś?! - Spytała łamliwym głosem, a łzy spływały po jej twarzy.

- Ale... to... to nic nie znaczy... To tylko list...

- Tylko list?! - Zauważyłem, że jej wyraz twarzy się zmienił. Już nie była zraniona, znaczy na pewno była, ale tego nie okazywała. Spojrzałem w jej zielone oczy. Biła od nich nienawiść. - Ona wyznaje ci w nim miłość!

- Wiem, ale... - Nie chciała tego słuchać. Rzuciła kartkę na podłogę i ruszyła do drzwi. Złapałem ją za ramię, ale zaczęła się szarpać. - Pozwól mi wytłumaczyć. - Prosiłem.

- Zapomnij.

- Co? - Odsunąłem się. Ona nie mogła tego powiedzieć. Bałem się spytać co ma na myśli.

- Zapomnij o tym zajściu, zapomnij o pocałunku i zapomnij o mnie. - Wyszła z mojego pokoju.

- To był niedoszły pocałunek! - Krzyknąłem za nią. Nagle poczułem na sobie mnóstwo oczu. Dosyć spora grupa kadetów, akurat tamtędy przechodziła. Stali jak słupy soli i przyglądali się całej tej sytuacji. - No i na co się tak gapicie?! Nic tu ciekawego! - Zatrzasnąłem drzwi. Taki wściekły nie byłem jeszcze nigdy w życiu. Rebecca nigdy się tak w stosunku do mnie nie zachowywała. Zazwyczaj była miła i uprzejma. "Chyba będę musiał się do tego przyzwyczaić" pomyślałem.

   Oparłem się o metalowe drzwi, założyłem ręce i skrzyżowałem nogi. Stałem tak przez dłuższy czas. W końcu stwierdziłem, że to nie ma najmniejszego sensu. Tak niczego nie naprawię. W niektórych przypadkach milczenie pomaga, ale teraz to było najgorsze co mogłem zrobić. Postanowiłem wziąć się w garść, wyznać Holiday co do niej czuję i zmienić się na lepsze. Szukałem pani doktor w całej Providence, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Na szczęście natknąłem się na Caesara, który powiedział mi, że Rebecca wyszła z bazy.

   Energicznym krokiem ruszyłem do wyjścia. Po chwili zacząłem biec. Otworzyłem drzwi, a gdy zobaczyłem, że ciemnowłosa rozmawia z Rexem, postanowiłem im nie przeszkadzać. A tak serio zamierzałem podsłuchiwać. Szybko ukryłem się w krzakach.

- Płaczem niczego nie załatwisz. - Mówił Rex. "Ten to wie jak pocieszyć kobietę." pomyślałem sarkastycznie. Ona cały czas szlochała. Raz po raz ocierała łzy.

- Wiem, ale nie mogę się opanować... Dłużej tego nie wytrzymam... - Załkała. - Mam wszystkiego dość. Jestem do niczego.

- Przestań. - Złapał ją za ramiona. - Posłuchaj mnie. Spójrz na mnie. - Spuściła wzrok. W takiej sytuacji także nie chciałbym, aby ktoś mnie widział. W dodatku ona miała rozmazany makijaż. Na jej policzkach i pod oczami dostrzegłem szaro-czarne plamy z tuszu, a "jej szminka" sięgała aż do końca brody. - Spójrz na mnie. - Powtórzył nastolatek. - Nie wolno ci tak mówić. Nigdy. Jesteś mądra, jesteś piękna i jesteś odważna. I żaden facet nie ma prawa cię tak traktować. - Zarumienił się, gdy posłała mu uśmiech.

- Na-naprawdę tak myślisz? - Wytarła łzy.

- Naprawdę. Jest wielu innych. Nawet lepszych niż Szósty. - Gdy to usłyszałem, zrobiło mi się przykro. Rex sugerował jej żeby ze mnie zrezygnowała i znalazła sobie kogoś innego. Przecież wiedział jak mi na niej zależy. "Dlaczego nagle wszyscy są przeciwko mnie?!" pytałem siebie w myślach.

- Wiesz co? Masz rację. On nigdy mnie nie doceni. Mam dość tego, że cały czas się staram, a on tego w ogóle nie widzi.

- Zaraz. Czy ty powiedziałaś, że mam rację?

- Tak. I nie chcę już Szóstego. On już dla mnie nie istnieje. Teraz zamierzam zacząć żyć na całego. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi bazy.

- Eee... ok. Cieszę się, że mogłem pomóc. - Powiedział Rex. Gdy Rebecca weszła do środka. wyszedłem z krzaków. Noc była gwiaździsta i świecił duży, okrągły, biały księżyc. Na niebie nie widziałem ani jednej chmurki. Wtedy pomyślałem, że chcę ten wieczór spędzić tylko z Rebeccą, ale to było niemożliwe. Ona widziała we mnie swojego największego wroga.

- Rex. - Zaszedłem chłopaka od tyłu i chyba trochę go tym wystraszyłem.

- Szósty? A co ty tutaj robisz? - Zdziwiła go moja obecność. - Podsłuchiwałeś nas?

- Tak. No właśnie. - Nastolatek spojrzał na mnie dziwnie. Pewnie nie sądził, że się przyznam. Po chwili milczenia na nowo zacząłem rozmowę. - Powiesz mi co ty wyprawiasz?

- Daj spokój. Nie pierwszy raz się wymykam. Poza tym jest dopiero po siódmej. - Tłumaczył się.

- Nie o to mi chodziło. Co powiedziałeś Rebecce? - Założyłem ręce.

- O... słyszałeś?

- Nie. Skąd. - Odpowiedziałem sarkastycznie. - Jasne, że słyszałem! - Zagotowałem się. Miałem ochotę go rozerwać na molekuły. Pewnie bym to zrobił, ale coś mnie powstrzymywało. To było takie dziwne uczucie podobne do... odpowiedzialności?

- A czy musisz od razu na mnie krzyczeć?! - W tym momencie poczułem się okropnie.

- Nie. Nie muszę. Wyjaśnij mi tylko... - Urwałem. Bałem się, że przy następnej okazji Rex wszystko powie Holiday. Tego za wszelką cenę chciałem uniknąć. Nie wiedziałem już komu mogę ufać.

- No co? - Rex był coraz bardziej podirytowany tą sytuacją.

- Czy Holy... znaczy Rebecca... mówiła ci kiedyś o mnie coś jeszcze? - Zapytałem z nadzieją. Chciałem wiedzieć czy kiedyś uważała mnie za kogoś innego. Lepszego.

- Raczej nie. A czemu pytasz?

- Bo... ech... ty sam powinieneś doskonale wiedzieć. - Wydawało mi się, że Rex zna to uczucie. Tyle razy przecież kłócił się z Circe, a jego uczucie do niej nie wygasło.

- O co ci chodzi? - Spytał i cofnął się trochę. Westchnąłem.

- Wiesz jak to jest kiedy kogoś kochasz, a ten ktoś ma cię za największego wroga? - Pokiwał twierdząco głową. - Ja też wiem. Ych! Po prostu...

- Po prostu co?

- Nie mogę tak dłużej. Tak cholernie mi na niej zależy, a ona tego nie widzi! - Wykrzyczałem. Rex otworzył szerzej oczy i cofnął się jeszcze kawałek. - Co z nią jest nie tak?

- Co z nią jest nie tak? Co z nią jest nie tak? - Pokiwałem głową. - Co z tobą jest nie tak?! Po tym co jej zrobiłeś, myślisz że ona ci wybaczy z dnia na dzień?! Okłamałeś ją. Miałeś kogoś na boku i wcale nie chciałeś się z nią wiązać. Dawałeś jej złudną nadzieję.

- Wiem, ale... ale ja...

- Chyba słyszałeś co mówiła. Dla niej już nie istniejesz. - Rex minął mnie i wygenerował plecolot. Wzleciał ku niebu i ruszył w stronę miasta.

   Ja zostałem na swoim miejscu. Usiadłem na zimnej ziemi. Miałem dosyć. Nagle wszyscy na których mi zależało odwrócili się ode mnie. Wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna, poważnie zacząłem się zastanawiać czy wybrałem dobrą drogę. "Może byłem lepszy jak morderca..." Na tym się znałem. Poza tym Piąta, Dos, IV, Trey, oni znali mnie od początku. Stwierdziłem, że to z nimi powinienem być, ale nie mogłem rzucić Providence. Coś nakazywało mi tu pozostać. Nie wiedziałem co robić.

3 komentarze:

  1. o ja! Biedny Szósty... Holiday jak się wkurzyła... Nie dziwię się... Rex... Z niecierpliwością czekam na nexta!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooooo..... to takie smutne ;( Biedny Szósty... Czekam na nexta

    OdpowiedzUsuń
  3. O masakra! Czadowe! Czekam na kolejny rozdzialik ;D A sory, że jako anonim piszę haha. To ja Prodigy vel Will Vandom z nk.

    OdpowiedzUsuń